25 czerwca 2012

, , ,

Cheeseburger - zdrowy, pożywny posiłek, który zbudował Amerykę

Cheeseburger
Mówi się, że to nie Imperium Rzymskie a płatki kukurydziane podbiły cały świat. Gdyby użyć tej samej metafory, można by rzec, że to nie Amerykanie a burgery wyplewiły hindusów z USA, zbudowały demokrację i wielką gospodarkę, wielkie samochody z ośmio, dziesięciolitrowymi silnikami, które jadą 90 mil na godzinę spalając 30-40 litrów ropy. To burgery pokonały terrorystów w Iraku i innych krajach Azji. To w końcu dzięki burgerom każdy Amerykanin jest wolnym człowiekiem, może wyznawać dowolne poglądy i mieć dowolny kolor skóry, a przede wszystkim trzymać w domu amerykańską broń automatyczną jak Colt M4 kaliber 5,56 mm... co też ja mówię .223 cala (nawiasem mówiąc to również dzięki burgerom Amerykanie mają cale a nie jakieś dziwne minimetry, w których nic się nie da policzyć!).

Burgery napędzają gospodarkę. Burger to zmielona krowa, których stada liczące miliony pozwalają wyżyć teksańskim farmerom. Dobry biznes sprawia, że farmerzy karczują lasy w Ameryce Południowej żeby krowy miały pastwiska, a lokalni ubodzy ludzie mogą zarobić pieniądze wycinając las.

Gdyby bizony nie wymarły jak dinozaury, na pewno robiono by z nich burgery, bo istotą burgera jest przecież jego nieprzeciętna jakość. Jest to zdrowy, pożywny, bogaty posiłek, który pozwala amerykańskiemu marine biegać po afgańskich górach z ważącym 30 funtów karabinem wielkokalibrowym Barret M82, który jednym nabojem potrafi oderwać głowę terrorysty z dystansu 6000 stóp - czy polski żołnierz wykarmiony grochówą potrafiłby coś takiego ?

O pięknie burgerów świadczy też ich prostota. Taki cheeseburger na przykład to bułka, burger, plaster sera i ketchup. Wszystkie te składniki można kupić w każdym sklepie za grosze. Przekrawamy bułkę, wkładamy burgera i ser, a całość grzejemy w mikrofalówce. Po podgrzaniu rozklejamy, dodajemy keczupu i mamy maomazję, pełnowartościowy posiłek, który zapewni nam energię na cały dzień ciężkiej pracy na farmie lub w fabryce wielkich jak pociąg półciężarówek, którymi farmerzy jadą do sklepu po tytoń do żucia, mleko i amunicję. Na burgery stać każdego, dlatego w Ameryce nie ma biedy i niedożywionych murzyniątek.

Cheeseburger - co potwierdziły ostanie badania - nie posiada ani grama tłuszczu. Może go zjeść zarówno ciężko pracujący farmer z Teksasu, marine biegający z barretem w górach Afganistanu, gwiazda porno z Hollywood oraz żydowski prawnik z Manhattanu i nie pójdzie im to ani trochę w dupę. Owszem, zdarzają się amerykanie, którzy cierpią na otyłość, odżywiają się burgerami, ale ostatnie badania nie stwierdziły żadnej korelacji pomiędzy ich otyłością a burgerami.

Najwspanialsze w burgerach jest to, że żywi się nimi każdy Amerykanin i jest to jego własny, prywatny wybór (podobnie jak to, że meksykanie żyją sobie za murem na południu wcinając burrito). To właśnie całe piękno demokracji, które Amerykanie zawdzięczają ojcom założycielom.

Mogą spokojnie usiąść po powrocie z pastwiska na swoim bujanym fotelu, odłożyć swój myśliwski M16 z celownikiem kolimatorowym ACOG i noktowizorem, służący do obrony posesji przed kojotami, otworzyć piwo w takiej małej puszeczce i zjeść kilka chceeseburgerów. I jeżeli będzie chciał, może sobie nawet umrzeć na raka odbytu, co i tak będzie lepsze niż terroryzm i dyktatury panujące w krajach azji czy tam afryki. Amen!

PS: Weźmy takiego Charliego Sheena - gdyby nie jadł burgerów, pewnie dawno by się przekręcił. Wciąga więcej koki niż Chevrolet Camaro ropy! DEMOKRACJA!


24 czerwca 2012

,

Pszeniczny Paulaner Hefe-Weissbier Naturtrüb

Zawsze było tak, że gardziłem piwem pszenicznym jako - w oczywisty sposób - gorszym, przeznaczonym dla ćwoków niepotrafiących odróżnić piwa od kocich szczyn i otyłych bawarczyków. Myliłem się. Mea culpa! Nie będę ręczył za każde piwo pszeniczne, ale Paulaner Hefe-Weissbier Naturtrüb to naprawdę dobre piwo. Jest mętne, niefiltrowane, dzięki czemu bogate w mikroelementy i witaminy. Nie jest tak, że przegrałem jakiś zakład i teraz muszę to napisać. Naprawdę jest to niezłe piwo, które można wypić z przyjemnością patrząc, jak Włosi skopią dupska Anglikom. 

A skoro jesteśmy przy tematyce futbolu - nie wiem czy wszyscy tak mają, ale u mnie wyjście do toalety w trakcie meczu kończy się bezpardonową utratą miejsca:




22 czerwca 2012

Wścieklizna Umarłych

Wścieklizna Umarłych
Kolejny wpis niezwiązany z gotowaniem. Wiem, że nienawidzicie mnie za to, ale blogger musi zachować swą niezależność i nie oglądać się na trendy i wskaźniki rynkowe. Postaram się, aby następny wpis dotyczył żarcia w najczystszej postaci, a tymczasem chciałem tylko zakomunikować grupce nielicznych entuzjastów, że od dziś mogą czytać moje wybitne teksty także na blogu Wścieklizna Umarłych, który w głównej mierze porusza jakże interesującą problematykę zombizmu. Jak widać na załączonym obrazku oprawa jest adekwatnie urocza. Zapraszam!

http://wscieklizna-umarlych.blogspot.com


19 czerwca 2012

Top 5 moich przepisów - wybór subiektywny

Tam po prawej gdzieś są najpopularniejsze przepisy. Z niepokojem obserwuję zastój z ciastem francuskim i tagliatelle z łososiem na czele...   nie wiem czy skrypt się zepsuł czy może te przepisy są lubiane przez wyszukiwarkę, ale postanowiłem ułożyć swoje własne Top10, czyli moje subiektywne podsumowanie mojej dotychczasowej kariery blogera kulinarnego.

Kolejność przypadkowa, albo chronologiczna:

Sajgonki wersja wegetariańska

Sajgonki wersja wegetariańska
Sajgonki wersja wegetariańska
http://facetwquchni.blogspot.com/2011/03/sajgonki-wersja-wegetarianska.html

Bardzo dobre żarło i wdzięczny temat do zdjęć. Sajgonki są dość pracochłonne, ale zrobienie ich sprawia dużo satysfakcji. Jeżeli chcecie, aby Wasi zaproszeni na kolację goście byli pod dużym wrażeniem kupcie w lidlu mrożone sajgonki. Dużo mniej pracy, a też ujdą.



Kurze serca

Kurze serca
Kurze serca
http://facetwquchni.blogspot.com/2011/03/kurze-serca.html

To jedna z ulubionych potraw mojego dzieciństwa. Gulasz z kurzych serc i tłuczone ziemniaczki. Przy okazji można przyprawić o mdłości znajomych o słabych nerwach. Weźcie kiedyś kurze serca w ramach lunchu do pracy. Kurze serca dobre na każdą okazję. Gotujcie kurze serca!



Burrito

Burrito
Burrito
http://facetwquchni.blogspot.com/2011/04/senora-podaj-mi-burrito-bede-gra-la.html

Uwielbiam meksykańskie żarcie. Znam obydwie meksykańskie knajpy we Wrocławiu. Ostatnio dopracowałem robienie meksykańskiego żarcia do perfekcji - zimna tortilla z lidla, pomidor, kurczak usmażony w przyprawach, papryka, kukurydza, fasola, keczup i sos czosnkowy. Domyślam się, że to ma niewiele wspólnego z kuchnią meksykańską. A może właśnie ma?


Ścieranka

Ścieranka
Ścieranka
http://facetwquchni.blogspot.com/2011/08/scieranka-zupa-mleczna-inaczej.html

Niektóre dania są niepokojące. W przedszkolu nienawidziłem zup mlecznych. Mam traumę i odczuwam lęk patrząc w białą otchłań ścieranki. Słony, mleczny smak kojarzy mi się z czymś dziwnym i niepokojącym. Jednocześnie jest w tym jakiś tajemniczy magnetyzm.



Krewetki tygrysie

krewetki tygrysie
krewetki tygrysie
 http://facetwquchni.blogspot.com/2012/03/krewetki-tygrysie-na-mode-orientalna.html

Są naprawdę dobre. W przeciwieństwie do tych małych wypierdków, które podobno nawet nie są krewetkami. Krewetki tygrysie na ostro-kwaśno to jest coś.

16 czerwca 2012

,

Karkówka z grilla

Karkówka z grilla
Karkówka z grilla jest jak pornosy. Mężczyźni wpisują w google "karkówka z grilla" i czytają przepisy i oglądają zdjęcia śliniąc się obleśnie. Czytają o tym jak się marynuje przez długie godziny mięso w zalewie z przyprawami, czosnkiem i ziołami obracając co kilka godzin mięso. Nawet dzień, nawet dwa dni przed przyrządzeniem. Mięso gęsto oblepione jest całym tym dobrem.

I w końcu po tych dwóch, trzech dniach marynowania rozpala się grill. Buduje się misterną piramidkę z brykietów wkładając tu i ówdzie podpałkę, która lada chwila ma zapłonąć. I przepala się ten brykiet zmieniając w żarzące się kulki, które rozkładamy równomiernie na całej powierzchni tak, aby karkówka piekła się idealnie tak samo na każdym centymetrze kwadratowym.


Skrapiamy karkówkę marynatą, która ścieka po mięsie, po gorących prętach grilla i kapie z sykiem na żar powodując nagłe, lecz chwilowe podniesienie temperatury oraz erupcję aromatycznego dymu, który osnuwa mięso i wędzi je wzmacniając efekt zapachowy. 

Mięso piecze się powoli, bardzo powoli. Półtorej lub nawet dwie godziny. Bardzo powoli białko ścina się najpierw od zewnątrz, później w środku. Mięso rumieni się, mięknie, ale nie traci wilgoci - o nie - nadal jest soczyste, pomimo tworzące się delikatnej skorupki nieco bardziej przysmażonego mięsa. Przyprawy smażą się na nim uwalniając zapach i smak. 

W końcu nadchodzi kulminacja - próbujemy czy już jest dobre. Najpierw nieśmiałe próby, z chlebkiem, jeszcze mogłoby trochę dojść, ale już rwiemy kolejny kawał, już bez chleba. Bez tacki. Nadziewamy na widelec i szarpiemy zębami. Bez musztardy i bez keczupu. Mięso jest miękkie i soczyste a jednocześnie wyraźnie przypieczone. Jest tłuste i słone. Czuć zioła, czosnek, paprykę i inne przyprawy, których nie rozróżniamy, bo ich stosowanie na co dzień kojarzy nam się z tarotem i numerologią. Wlewamy w gardło zimne piwo, którego temperatura sprawia, że bo szklanej butelce spływają kropelki wody. 

Właśnie tak Polacy spędzają taki dzień jak 16 czerwca. Właśnie pogryzając karkówkę z grilla, popijając zimnym piwem i rzucając toporkiem w przybitą do desek flagę czeską. To nic osobistego - lubimy Czechów, chociaż zatrzymują nas na swoich gładkich autostradach i szukają do czego by się tu przyczepić polaczkowi. Choć ich język nie brzmi jak prawdziwa mowa tylko język wymyślony przez dzieci. Ale dzisiejszy mecz może się skończyć tylko jednym wynikiem. 

PEPIKI MUSZĄ WRÓCIĆ DO DOMU Z PŁACZEM!


10 czerwca 2012

, , ,

Zielone szparagi zapiekane

zielone szparagi zapiekane
Wikipedia niewiele mówi na temat tych owianych tajemnicą roślin. Prawdopodobnie dlatego, że w ogóle mało kto wie cokolwiek na ich temat. To chyba niemiecka roślina związana jakoś z ich folklorem (coś jak tęcza i garniec złota u Irlandczyków). Wiemy tylko, że szparagi dzielą się na białe i zielone, oraz że gdy nastaje w Bawarii sezon na szparagi, Bawarczycy rzucają wszystko inne, zbierają szparagi i objadają się nimi jak wołki zbożowe (albo zombie). Szparagi uznawane są także za rarytas.

Jakiś czas temu próbowaliśmy skonsumować białe szparagi. Oczywiście kto by tam czytał przepisy? Ugotowaliśmy je w wodzie i polaliśmy oliwą. Tak da się spożyć 99% rzeczy. Dowiedzieliśmy się wówczas, że istnieją także zielone szparagi (te Bawarczycy cenią najbardziej) i że wbrew logice nie są one niedojrzałe i twarde a wręcz na odwrót. Są bardziej miękkie przez co wymagają krótszej obróbki termicznej. Nie trzeba ich także obierać. Obieranie szparagów to masakra. To zupełnie jakby się chciało obrać makaron albo dżdżownicę.

Do przyrządzenia zielonych zapiekanych szparagów potrzebujemy:
  • zielonych szparagów
  • oliwy z oliwek
  • soli
  • czosnku

W żaroodpornym naczyniu rozścielamy taką srebrną folię, w którą odziani latają kosmiczni komandosi w filmach SF z lat 60-tych. Taka folia ma wiele różnorakich zastosowań od pokrycia wahadłowców NASA do zapiekania szparagów. Szparagi trzeba opłukać z plugastwa i - jeżeli mają twarde - odrąbać nóżki. Można też zostawić to twarde i potem delektować się mówiąc "och, jakie chrupiące". Tak robią Bawarczycy.

Szparagi układamy pokotem na folii jeden obok drugiego (jak ubitą dziczyznę) i polewamy oliwą z oliwek. Nie żałować sobie, to się zwróci. Posypujemy też obficie solą i - tutaj są dwie opcje - albo wyciskamy na to czosnek, albo kroimy żyletką jak w chłopakach z ferajny. Ja osobiście preferuję cokolwiek, bo nie wierzę w te kuchenne zabobony, że sposób robienia czegokolwiek w jakiś konkretny sposób w jakikolwiek sposób wpływa na smak. To jest tarot, new age i astrologia!

Generalnie pieczemy to później w piekarniku przez jakiś czas. Najlepiej kontrolować to co jakiś czas wyjmując jedną pałkę szparagu i zagryzając. W pewnym momencie staną się jakby bardziej sflaczałe i strawne. To będzie moment, kiedy można uznać szparagi za gotowe i zdatne do spożycia przez gatunek ludzki. Nie wiem jak to dokładnie robią Bawarczycy, ale zakładam że w sposób identyczny (choć przeczy to zdrowemu rozsądkowi, są pewne przesłanki ku temu, by zakładać, że Bawarczycy są podobni do nas).  Podejrzewam także, że do szparagów podają piwo jasne. Jak się je dobrze przesoli, to takie piwo będzie jak znalazł.





7 czerwca 2012

T-shirty kulinarne

T-shirty kulinarne
Dziś casual. Dużo osób pyta mnie o t-shirty. Pytają skąd biorę, czy sam robię i tak dalej. Odpowiadam i odpowiem także tutaj: t-shirty głównie zamawiam w freshthing.pl

Osobna kwestia to taka, że marzy mi się taki t-shirt facet w quchni. Co Wy na to? Kto by kupił? Kto by nosił? Pomysł dobry czy zły? A może jeszcze jakieś inne sugestie? (kubki, czapeczki, długopisy?).

A teraz clue - poszukuję firmy/wykonawcy, który podejmie się:
a) zaprojektowania (to opcja, bo ja też mogę zaprojektować)
b) produkotwania
c) sprzedawania i zarabiania na t-shirtach z brandem "Facet w quchni".

W czym tkwi deal? Nie chcę od tego ani złamanego grosza. Wystarczy mi sam fakt, że ktoś będzie nosił taki t-shirt chwaląc tym samym słowo moje na lewo i prawo, budząc zachwyt fikuśnymi wzorami przedstawiającymi produkcję żywności okraszonymi jakimś dowcipnym komentarzem.

Udostępnię swój brand za free,  będę go promował osobiście a także za pośrednictwem zakładki "gadżety" na blogu. Gdyby ktoś kiedyś był zainteresowany proszę o kontakt na maila bartek (at) shopout.pl

Kto pierwszy ten lepszy.


PS: Aha... bardzo rzadko sprawdzam tego maila, więc gdyby przypadkiem ktoś był zainteresowany proszę także o info w komentarzu :)  (wystarczy "odbierz maila").

5 czerwca 2012

Fotografia kulinarna - wstęp

Fotografia kulinarna
Zapewne poznaliście mnie już jako osobę upraszczającą, generalizującą i kierującą się wyłącznie własnymi, subiektywnymi opiniami. W moim pobieżnym i niepopartym żadnymi źródłami poradniku o fotografii kulinarnej nie znajdziecie więc dokładnych parametrów, ustawień, schematów i liczb. Według mnie w fotografii kulinarnej chodzi tylko o jedno - o ślinotok.

Fotografią kulinarną zająłem się w momencie, gdy zacząłem prowadzić ten blog (nieco ponad rok temu). Wcześniej robiłem trochę zdjęć produktowych, a w gruncie rzeczy zdjęcia jedzenia i zdjęcia produktów to to samo. Wpada to do wora z napisem "fotografia komercyjna", czyli z założenia nie znajdziemy tam romantycznych landszaftów, artystycznych zdjęć, na których nie wiadomo o co chodzi i gołych dup.

Nigdy nie przywiązywałem zbyt dużej uwagi do całej otoczki polegającej na dopieszczeniu, przestawianiu lamp, psikaniu wodą ze spryskiwacza, symulowania pary dymem papierosowym i innych tego typu spraw z prostej przyczyny, którą za chwilę wyjaśnię. Zdjęcia kulinarne dzielą się na dwie grupy - zdjęcia potraw, które zamierzamy zjeść i zdjęcia potraw, których nie zamierzamy zjeść. Ja zwykle robię te pierwsze, w związku z czym zdjęcia robię szybko, na łapu-capu, najchętniej w oświetleniu zastanym, naturalnym itp.

ABC, czyli czego potrzebujemy

Aparat

Podstawową sprawą jest aparat fotograficzny - bez niego ani rusz. Zapytacie - jaki? Odpowiedź brzmi - jaki bądź. Aparat jest tak dobry jak człowiek, który za nim stoi. Możliwe jest zarówno zrobienie dobrego zdjęcia kompaktem jak i koszmarnej foto-grafomanii Canonem 1D. Dzisiejsze aparaty z reguły potrafią wykonać dobre zdjęcie. Ja zaczynając pisać ten blog korzystałem z lustrzanki cyfrowej Olympus E-420 z kitowym obiektywem Zuiko Digital 14-42 mm, który akurat jest dość dobrym obiektywem. Od września zdjęcia na blogu robię Canonem 550d również z kitowym obiektywem tego samego typu 18-55 mm, ale klatka jest większa więc na to samo wychodzi. Obiektyw kitowy Canona nie jest najwyższych lotów, ale nie chce mi się odkładać na lepszy obiektyw. A lepszy obiektyw do fotografii kulinarnej to 50-200 z opcją macro. Do Canona pewnie Sigma lub Tamron. Nikona nie uznaję :) (choć de facto pierwsze szlify robiłem na kompakcie nikona).


Światło

Światło jest ważniejsze niż aparat, ale celowo dałem jako drugie z prostej przyczyny - nie mając aparatu nie zrobimy zdjęcia. Bez światła zdjęcie zrobimy, ale będzie ciemne. Światło to istota fotografii gdyż to, co widzimy na zdjęciu to światło właśnie. Światło odbija się od wszystkich przedmiotów. Co więcej odbija się w różny sposób, co sprawia że widzimy je w różnych barwach. Chcąc robić zdjęcia jakiekolwiek musimy myśleć o świetle.

Do zdjęć kulinarnych zaleca się światło naturalne tzn. dzienne. Nie wiadomo na ile to czary-mary, na ile tarot i new age a na ile są jakieś faktycznie sensowne argumenty. Jedno jest pewne - jeżeli robimy zdjęcia potraw, które zamierzamy zjeść, światło dzienne działa szybciej niż lampy, statywy, parasolki i blendy. Te wszystkie rzeczy przydają się wtedy, gdy chcemy stworzyć hermetyczny mikro-klimat, w którym mamy kontrolę nad każdym fotonem. Krótko mówiąc - gdy cierpimy na zespół Aspergera. Normalny "foodie" może śmiało cykać przy oknie, chyba że...

No właśnie - chyba że żyjemy w Polsce gdzie jest szaro i ciemno. Widzicie teraz dlaczego mam najwięcej przepisów na obiad ;) Rano bywa zbyt ciemno, wieczorem także. Choć prawda jest taka, że najlepsze oświetlenie dają nam tzw. "złote godziny" czyli gdy słońce jest jeszcze dość nisko i gdy słońce jest już dość nisko. Światło świeci wówczas z boku, ma ciepłą barwę w okolicach 2000-2500 kelwinów i jest miękkie tzn. cienie nie są ostre. Ostatecznie jesteśmy na tyle nisko, że jesteśmy w cieniu a nieb/strop/ściany działają jak wielkie blendy odbijające i rozpraszające światło.

Oczywiście nikt nie je o świcie. Prędzej o zmierzchu.


Gadżety

Jeżeli już koniecznie odczuwamy potrzebę posiadania "zabawek", do tych przydatnych należą:
  • lampy światła stałego lub błyskowe
  • statywy
  • parasolki (tańsze) lub softboxy (lepsze)
  • blendy
  • płyta plexi
  • obrusy
  • deski
  • stare naczynia
  • naczynia designerskie
  • sztućce
  • i co tam jeszcze fantazja podpowie
Sprzęty fotografa kulinarnego dzielą się na dwie grupy: fotograficzne oraz stylizacyjne. Fotograficzne to te wszystkie badziewia, które można kupić na allegro, a stylizacyjne to te, które można kupić w sklepach z porcelaną i na giełdach staroci. Badziew pomaga nam w tworzeniu aranżacji w modelu "asperger-photo".


Tyle tytułem wstępu. W kolejnym odcinku przejdę do rzeczy bardziej praktycznych.