20 lipca 2014

, ,

Argus Łowczy - Chmielowy Kwartet


Niedzielny wieczór. Żona i dzieci wyekspediowani na wieś. W tle leci soundtrack z Gry o Tron. Pracuję nad Argusem Łowczym, Chmielowy Kwartet, edycja limitowana. Ostatnio pisałem o Słodowym Tercecie, z tej samej serii. Zagadek w tym piwie jest kilka: co to znaczy edycja limitowana, kto wyprodukował to piwo i o co chodzi z tym wilkiem?

Teraz przyszło mi do głowy, że to może być jednak wilkor, który jak wiadomo znajduje się na herbie rodu Starków. Starkowie to ludzie północy, którzy w zasadzie są ostatnimi przed wielkim murem chroniącym Westeros przed tym, co za murem.

Napitek ten wyróżnia się dwoma parametrami: 9 i 16,3. 9% alkoholu i 16,3% ekstraktu brzeczki piwnej. Co oznacza, że jest to ciężkie, mocne i aromatyczne piwo. Takie fest. W jego smaku dominuje słodycz, co wynika zapewne z olbrzymiej mocy. Z jednej strony kusi mnie, żeby powiedzieć, że to jest dokładnie odwrotność tego, co lubię. Z drugiej zaś widzę te kufle na nóżce, tak inne od zgodnych z naszą tradycją. Wiecie, co mam na myśli. Belgia.

To jeden z tych dwóch krajów, których nie da się od siebie odróżnić. Otóż dla jasności - to Duńczycy zabijają żyrafy. Belgowie mają frytki, czekoladki, piwo, malarzy flamandzkich oraz światowe centrum handlu diamentami. Więc oni są tymi dobrymi.


Skłonny jestem powiedzieć, że to piwo namieszało trochę w świecie piwnym. Oto bowiem sieć sklepów wzięła swoją markę z niskiej półki (ciągle można kupić Argusa w puszce za mniej niż 2 zł) i stworzyła piwo, które staje się obiektem zainteresowania ludzi, którzy interesują się piwem.

To zdanie, rodem z Pratchetta, oznacza, że zainteresowali się nim właściwi ludzie. Czyli tacy, którzy nigdy nie kupili Argusa w puszce za mniej niż 2 zł. Ich opinie są podzielone, ale z przewagą pozytywnych. I jest to moim zdaniem bardzo duży sukces, bo z większą uwagą śledzić oni będą to, co dzieje się na tym skrawku rynku. I to jest demonicznie, demonicznie dobre! Jaki by ten Argus nie był.

A jaki jest? (czyli test bezludnej wyspy)

Nie wziąłbym go na bezludną wyspę z jednego powodu - jest za mocny. Gdy go piję, czuję się, jakbym miał zgagę. I uruchamia mi się wielka lodówka. Ostatnio szerzy się teza, że tzw. "brzuch piwny" nie jest spowodowany piwem, ale tym, że piwo pobudza wydzielanie kwasów trawiennych. I człowiek nabiera apetytu. Stąd bardzo popularne przekąski do piwa. Oraz grill i karkówka. Gdybym na bezludnej wyspie miał wiele skrzynek Argusa Łowczego (obojętnie którego), byłbym ciągle głodny.

Wrażenia estetyczne to jedno, ale praktyczność to drugie. Mając w perspektywie dietę złożoną jedynie z owoców i ryb (ale bez soli), nie chciałbym walczyć z nieustającym, wilkorowym głodem (chyba o to chodzi z tym wilkorem). Wolałbym chyba jednak piwo modelowe. Bardziej tradycyjne. Bardziej pozbawione fantazji. Tutaj zadecydowały by względy praktyczne.

Łowczy wymaga bardzo dużo mięsa. Bardzo, bardzo dużo karkówki z grilla i dzika upieczonego naruszcie. To mile zaskakujące piwo. W dodatku, jeżeli spojrzeć pod światło, jest mętne. A to sprawia, że większość fanów piwa ma kisiel w gaciach. Dla mnie świetna jest jedna butelka. Lub dwie. Chyba, że zamierzam oglądać "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", wówczas dopuszczam opcję z trzema, czy nawet czterema. Ale w teście bezludnej wyspy - odpada.



18 lipca 2014

, ,

Argus Łowczy Słodowy Tercet


Z Argusem problem jest taki, że ma negatywne konotacje. Niegdyś był to najtańszy, lidlowy napitek, sprzedawany chyba wyłącznie w puszce. Później ktoś mądry stwierdził "dajmy im aspiracje!" (niczym Moist Von Lipwig w "Para w ruch" Pratchetta) i zaczęło się. Pojawił się Argus miodowy, Argus niepasteryzowany i Argus aromatyzowany Tequillą. Mając własny brand, nic już nie jest w stanie ich powstrzymać. I oto mamy prawdziwe piwo kolekcjonerskie - Argus Łowczy w edycji limitowanej

Nie mam pojęcia, co oznacza, że jest limitowana. Zgaduję jednak, że chodzi o to, że wkrótce przestaną go produkować. Choć zapewne jeżeli sprzedaż będzie zadowalająca, zmienią etykietę i wypuszczą kolejną edycję limitowaną. Nie kupuję tego. 

Ponieważ jestem laikiem, zasięgnąłem do recenzji Piwnego Brodacza. I co? I nic. Jestem laikiem, więc nic z tego nie skumałem poza tym, że wilk ma się nijak do Belgii. Bo podobno piwo to ma imitować "styl belgijski", cokolwiek to jest. Brzmi apetycznie, chociaż - czy to nie Belgowie są tymi krwiożerczymi barbarzyńcami, którzy biegają po ZOO i strzelają do, co rzadszych zwierząt? 

Nie. Sprawdziłem, to te lutry Duńczycy! Zwierzęta nie ludzie. Więc Belgowie to kolesie od frytek, czekolady, piwa i Brugii. Warto zatem zaopatrzyć się w trzy... nie, cztery butelki Łowczego tercetu i obejrzeć film pt. "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj". Film opowiada o dwóch angielskich gangsterach, którzy muszą ukryć się w Brugii, by uniknąć konsekwencji za piwo, które nawarzyli...   Jak się domyślacie, w filmie piją piwo. 

Ale przejdźmy do samego Łowczego. Też nie kumam, o co chodzi z tym łowczym. Już się wczułem w klimaty malarstwa flamandzkiego i myślałem, że fajnie byłoby obejrzeć film McDonagha, ale nie daje mi spokoju ten Łowczy. O co, do diabła chodzi z tym łowczym? Zgaduję, że spece od marketingu pomyśleli, że łowiectwo skojarzy się z dzikiem z ogniska i piwem nabieranym kuflem bezpośrednio z wielkiej beczki, utoczonej przez grubego, wąsatego faceta. Szczerze powiedziawszy łyknąłem to już wtedy, gdy stałem przed regałem. Ale Brugia przemawia do mnie bardziej. 

No a jaki jest ten Argus Łowczy Słodowy Tercet? Ekstraktu ma 16%, więc chyba dobrze. Alkoholu ma aż 8%. To również dobrze, choć odwołuje się do jego niskich korzeni. Czy to źle, że odwołuje się do korzeni, jakie by nie były? Chyba dobrze. Gdyby nie ta cała historia o Belgach, pewnie napisałbym, że trąci jabolem, ale w piwie historia jest najważniejsza, i jak Boga kocham, w niedzielę obejrzę "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", pijąc tego drugiego łowczego. 

Historia...  tak...     ludzie muszą to w końcu zrozumieć, że historia jest ważna. 


Test bezludnej wyspy...   saaam nie wiem. Troszkę za mocne. Nie zrozumcie mnie źle. To, że jest 8% to dla mnie nie jest problem, ale 5% pozwala wypić nieco więcej piwa, bez przykrych konsekwencji. A gdybym był na bezludnej wyspie, cóż, wolałbym nie narażać się na przykre konsekwencje. 

Zdecydowanie Argus mile mnie zaskoczył, ale... co to w ogóle jest Argus? Kto za tym stoi? Jak słusznie zauważył Brodacz, kompletnie nie mamy pojęcia, kto za tym stoi. KOMPLETNIE!!! 

I nie mamy żadnej gwarancji, że to nie Duńczycy. 

 

W tym piwie jest zbyt wiele niedopowiedzeń, które niepokoją...    producent, edycja limitowana. I ta moc. Mam wrażenie, że ktoś usiłuje wycisnąć ze mnie jakieś informacje. Może Duńczycy chcą wiedzieć, gdzie we Wrocławiu trzymamy żyrafy... 

I o co chodzi z tym wilkiem? 

W niedzielę ciąg dalszy. Wezmę na warsztat Argusa Łowczego Chmielowy Kwartet. Bądźcie tu w niedzielę o 22:00...  



11 lipca 2014

, ,

Abbot Ale - kolejny brytolski browar z Lidla


Muszę powiedzieć, że jak na razie najlepszym, brytyjskim piwem z Lidla był Bishops Finger. Na mojej skali punktem zero jest Carlsberg. Jest to piwny odpowiednik Opla Vectry, czyli - parafrazując Jeremy`ego Clarksona - nie jest zły, ale smakuje jakby banda księgowych usiadła z Excelem i wyliczyła, jakie ma być piwo. A zatem - wszystko, co poniżej Carlsberga uważam za złe. Wszystko, co powyżej - dobre. Każde z testowanych przeze mnie brytyjskich piw było ciekawsze od Carlsberga. Ale Bishops Finger był najciekawszy. 

A co z tym Abbot Ale?

Powiem szczerze, że nie miałem czasu się przygotować. Zabiegany dzień. Trudności z uśpieniem dzieci, potem musiałem jeszcze gdzieś skoczyć i nim się obejrzałem, wybiła 21:00. A trzeba wam wiedzieć, że rodzice dwójki dzieci dysponują naprawdę niewielką ilością czasu. 

Rzuciłem okiem na opinie na ocen-piwo.pl. Ludziom smakuje. Nie czytam jednak tych opinii, by na ich podstawie wysnuć własną. Liczyłem, że uszczknę jakiś smaczek historyczny, czy coś.

Wiecie - jak myślę "angielskie piwo", to od razu do głowy przychodzą mi takie słowa jak "ale" czy "craft". Albo "kran" i "pub". Od razu widzę starodawne, drewniane drzwi z dużą ilością małych szybek, przez które widać ciepłe wnętrze. A gdy się wejdzie do środka, można spojrzeć na zewnątrz. A tam oczywiście szaro i pada. Trochę trudno wczuć się w klimat Anglii, gdy w Polsce chwilowo nie ma nocy polanej, tylko czterotygodniowa pora monsunowa. 

Zdążyłem już na tym przydługim wstępie opróżnić dwie szklanice. I co sądzę? Podoba mi się, że jak otwarłem, to poczułem jego zapach z ponad pół metra. Mocny i zdecydowany. Dla delikatnych nosów może trochę szorstki. Coś jakby odrobina piwa zostawiona w kuflu na parę godzin. Już na tym etapie wszystkie metrokonczity powiedzą "eeee... nie macie Sommersberga?".

Kolor napitku przy mojej sztucznej żarówce wygląda na nieco ciemniejszy niż zwykle. I dobrze. Im piwo ma kolor ciemniejszy lub nietypowy, tym większą niespodziankę nam szykuje. Domyślam się, że coś, co by miało kolor słomkowy, byłoby niewysłowionym sikiem pająka. Ten ciemnawy, herbaciany - jak to ładnie mówią na portalach browarniczych - kolor sprawia, że piwo widzi nam się bardziej ekstraktywne czy też kaloryczne. Jednym słowem, że jest w nim więcej piwa. 

Smak ma dość prosty, jak dla klasy robotniczej, z wzmocnioną nutą goryczy. I to kolejny plus. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby przechowywać w domu zabutelkowanego sika pająka, nieprawdaż? Celowe łagodzenie tego, co w naturze jest szorstkie i nieco brutalne, uwłacza mej godności. Czasem myślę sobie, że producenci piwa, czy czegokolwiek innego chcą mnie ubrać w różową sukienkę i sprowadzić do parteru. Z tym piwem tak nie jest. To piwo w spodniach, które mógłbym zabrać na bezludną wyspę.

Czy ma jakieś minusy? Cóż... jako piwo every day carry jest w pełni akceptowalne, a nawet więcej niż akceptowalne. Nie wstydziłbym się zaproponować kumplowi. Jednak piwo, oprócz swej przyziemnej, codziennej roli, dane zostało nam przez bogów także po to, by porywać duszę i uwalniać fantazję. 

Czy zatem jestem w stanie wyobrazić sobie siebie za sterami wielkiego, korsarskiego żaglowca z kuflem Abbot Ale, wydającego komendy mojej hordzie łupieżców tuż przed abordażem na statek handlowy Hiszpanów? 

W przypadku tego piwa, to pytanie wymaga zastanowienia.



Słabe "chyba tak". W zupełności zgadzam się ze średnią 7,75/10 z ocen-piwo.pl


Jeszcze brew-porn i muzyczny bonusik:



 


4 lipca 2014

, ,

Ruddles County


Nie jestem znawcą piw. Owszem - potrafię stwierdzić, że w Polsce przeżywaliśmy kryzys browarniczy, a w ostatnich latach zaczęło się trochę poprawiać. Ale to powie byle żul spod budki z piwem.

Ruddles County w chwili otwarcia nie budził we mnie pozytywnych uczuć. Aromat, który wypuściłem z butelki, kojarzył mi się z takimi małymi piwami w plastykowych buteleczkach (Jabłonowe Mocne itp.). I pierwsze, co przychodzi mi do głowy po kilku łykach to to, że różnica pomiędzy tym piwem, a każdym innym jest dość subtelna. Trzeba być chyba zawodowym kiperem, żeby wyczuć nutkę toffi i karmelu. Nie wyróżnia się ono niczym szczególnym. Ale...

Jeżeli miałbym się skupić na mocnych stronach, to jest to bitter. Mimo wesołego drzewka dyndającego nam z etykiety, nie dostajemy tutaj żadnego jabłkowego nowotworu, ale porządne, mocno goryczkowe piwo z charakterem. Można je pomylić z Jabłonowym Mocnym, bo Jabłonowe też ma mocny charakter, ale taki raczej ogorzały, wynikający chyba z przejęcia odrobiny aromatu z butelki PET. Tutaj mamy naturalną goryczkę pochodzącą z chmielu.

Pytanie kluczowe!!!

Czy gdybym wylądował na bezludnej wyspie, chciałbym mieć kilka skrzynek Ruddles County, czy może kilka skrzynek - dajmy na to Carlsberga?

Odpowiedź brzmi - chciałbym na bezludnej wyspie mieć kilka skrzynek Ruddlesa. Białe szkło pozwala nacieszyć oko miodowym blaskiem. Drzewo na plakietce niejako droczy się z nami. Straszy jabłkami, by nagle zaskoczyć klasyczną goryczką. I ten adres...   Suffolk. Jest coś w nazwach tych angielskich hrabstw, że gdy się je wymawia, od razu widzi się zielone wzgórza. Prawdopodobnie mój umysł skażony jest zbyt dużą dawką Jeremy`ego Clarksona.

Mógłbym mieć na tej wyspie jeszcze agregat prądotwórczy, sprzęt audio i "Dark Side Of The Moon" Pink Floyd. Puszczałbym ten kawałek, którego tak nienawidzę (wszyscy go nienawidzimy... na pewno wiecie, o który mi chodzi) do późnej nocy. I tak nikt by nie słyszał. Komary by mnie żarły żywcem, a ja bym siedział w szałasie z liści palmowych i czytał Robinsona Crusoe. Jestem w stanie to sobie wyobrazić... taaaaak...  Nawet chciałbym tam być.

Nie każde piwo potrafi pobudzić fantazję. Niektóre wręcz ją zabijają. Nie w każdej butelce ukryty jest Dżin.

A teraz brew-porn :)


, ,

Ciasteczka malinowe z ciasta francuskiego z kremem z mascarpone


Uwaga! Ten wpis opatrzony jest tagiem zrobiła żona.

Wielokrotnie pisałem, że posiadanie w lodówce dwóch paczek ciasta francuskiego to absolutna podstawa funkcjonowania w dzisiejszym społeczeństwie. Można z niego zrobić dosłownie wszystko od wafelków do lodów, poprzez paszteciki, pizzerki, ciastka, na pseudofaworkach skończywszy (pseudofaworki to takie poskręcane, pocięte paski ciasta francuskiego zapieczone z cukrem).

To ciastko jest dobre na imprezę, bo wygląda dość interesująco. Z ciasta francuskiego wycinamy kielonkiem kółeczka. Kółeczka pieczemy.

Równolegle robimy krem z mascarpone i owoców. Na zdjęciu mamy akurat jagodowy, ale tak naprawdę możemy zrobić wszystko, na co tylko pozwala nam fantazja (łącznie z kremem z mascarpone i owoców morza).

Na kółeczko dajemy odrobinę kremu i jeszcze jakiś inny owoc. I jest petarda.

I kawałek całkiem na miejscu w dniu dzisiejszym: