16 czerwca 2012

Filled Under: ,

Karkówka z grilla

Karkówka z grilla
Karkówka z grilla jest jak pornosy. Mężczyźni wpisują w google "karkówka z grilla" i czytają przepisy i oglądają zdjęcia śliniąc się obleśnie. Czytają o tym jak się marynuje przez długie godziny mięso w zalewie z przyprawami, czosnkiem i ziołami obracając co kilka godzin mięso. Nawet dzień, nawet dwa dni przed przyrządzeniem. Mięso gęsto oblepione jest całym tym dobrem.

I w końcu po tych dwóch, trzech dniach marynowania rozpala się grill. Buduje się misterną piramidkę z brykietów wkładając tu i ówdzie podpałkę, która lada chwila ma zapłonąć. I przepala się ten brykiet zmieniając w żarzące się kulki, które rozkładamy równomiernie na całej powierzchni tak, aby karkówka piekła się idealnie tak samo na każdym centymetrze kwadratowym.


Skrapiamy karkówkę marynatą, która ścieka po mięsie, po gorących prętach grilla i kapie z sykiem na żar powodując nagłe, lecz chwilowe podniesienie temperatury oraz erupcję aromatycznego dymu, który osnuwa mięso i wędzi je wzmacniając efekt zapachowy. 

Mięso piecze się powoli, bardzo powoli. Półtorej lub nawet dwie godziny. Bardzo powoli białko ścina się najpierw od zewnątrz, później w środku. Mięso rumieni się, mięknie, ale nie traci wilgoci - o nie - nadal jest soczyste, pomimo tworzące się delikatnej skorupki nieco bardziej przysmażonego mięsa. Przyprawy smażą się na nim uwalniając zapach i smak. 

W końcu nadchodzi kulminacja - próbujemy czy już jest dobre. Najpierw nieśmiałe próby, z chlebkiem, jeszcze mogłoby trochę dojść, ale już rwiemy kolejny kawał, już bez chleba. Bez tacki. Nadziewamy na widelec i szarpiemy zębami. Bez musztardy i bez keczupu. Mięso jest miękkie i soczyste a jednocześnie wyraźnie przypieczone. Jest tłuste i słone. Czuć zioła, czosnek, paprykę i inne przyprawy, których nie rozróżniamy, bo ich stosowanie na co dzień kojarzy nam się z tarotem i numerologią. Wlewamy w gardło zimne piwo, którego temperatura sprawia, że bo szklanej butelce spływają kropelki wody. 

Właśnie tak Polacy spędzają taki dzień jak 16 czerwca. Właśnie pogryzając karkówkę z grilla, popijając zimnym piwem i rzucając toporkiem w przybitą do desek flagę czeską. To nic osobistego - lubimy Czechów, chociaż zatrzymują nas na swoich gładkich autostradach i szukają do czego by się tu przyczepić polaczkowi. Choć ich język nie brzmi jak prawdziwa mowa tylko język wymyślony przez dzieci. Ale dzisiejszy mecz może się skończyć tylko jednym wynikiem. 

PEPIKI MUSZĄ WRÓCIĆ DO DOMU Z PŁACZEM!


6 komentarze:

  1. To się nazywa "soczysta opowieść"! Chociaż boję się, że takie cienkie kotleciki, po półtorej godziny będą jak podeszwy Lewandowskiego :) W sumie dziś to może i dobrze! Najlepszego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przerwa. Husyci grają mniej aktywnie, ale zacięcie. Muszą wrócić z płaczem!
    Cienkie są bardziej przyprawowe, a grube bardziej mięsne. Myślę, że oba typy byłyby dobre. Najważniejsze to żeby dziś w tym szczególnym dniu zastąpić budweisera innym piwem np. piastem, żywcem, tyskim, harnasiem lub lechem.

    OdpowiedzUsuń
  3. No i został nam już tylko grill... z fetą :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Z fetą i knedlikami. Cóż nam pozostaje. Trzeba w takim razie kibicować Czechom.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czesi też robią dobrą karkówkę :) A Twój erotyk karkówkowy - imponujący :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję. Widziałem też kiedyś w Spragnionym Podróżniku jak jeden Czech przyrządzał gulasz na piwie - mięso, dużo papryki, cebula, piwo i knedle. Naród, który ma taką potrawę nie może być zły.

    OdpowiedzUsuń