27 grudnia 2011

,

Niezły pasztet

Niezły pasztet to efekt uboczny świątecznej galarety mojej małżonki...  no dobra, to chyba wymaga szerszego wyjaśnienia. Będąc na megaścisłej diecie nie może jeść nic oprócz ryżu i gotowanej marchwi. Postanowiła zaszaleć i zrobić na święta galaretę, ale taką, żeby była bez żelatyny. Naładowała cały gar mięs (świnia i kurczak) i marchwi. Rosół gotował się tyle godzin, że zacząłem odczuwać dziwny niepokój. Zredukował się do mniej więcej 5% swojej objętości i momentalnie zastygł. To co wystawało trzeba było jakoś spożytkować. 

Rozebrałem więc części kurczaka i cholera wie co tam jeszcze. Do tego doszła pokrojona, ugotowana marchew. Nie lubię rosołu ani tym bardziej mięsa z rosołu. W ogóle idea zup wydaje mi się chora (wyjąwszy barszcz z uszkami i bogracz). Jak można jeść coś, co normalnie by się piło ? 

No więc trzeba to wszystko rozebrać dokładnie na małe elementy pilnując, aby żadna kostka się nie przedostała. Wrzucamy to do jakiegoś pojemnika i z pomocą blendera robimy tzw. Sajgon. Można przyprawić do smaku (a nawet trzeba, chyba że jest to wersja dla karmiącej matki) i dosypujemy kleik ryżowy w proszku, żeby potrwa była bardziej bizarre. 

Na koniec ładujemy to w takie foremki do muffinek i zapiekamy w piekarniku. Podajemy z chrzanem i świeżutkim pieczywem. 


25 grudnia 2011

, , ,

Świąteczne pierniczki witraże

Hohohomerrychristmas!
Tradycją na wszystkich blogach kulinarnych jest zamieszczanie przepisów świątecznych, ale najbardziej świąteczna potrawa jaką potrafię zrobić to śledzik (gotowy) i barszcz z uszkami (uszka gotowe, barszcz z proszku). A zatem postanowiłem zarzucić standardowym świątecznym tematem - pierniczki witraże.
Do wykonania tych jakże efektownych i równie jadalnych ozdób niezbędne będą:
  • gotowe ciasto na pierniki (można kupić w ikea)
  • landrynki (najzwyklejsze, bez nadzienia)
  • cukier puder
  • odrobina soku z cytryny
  • foremki do wycinania pierniczków
  • cholernie ostry nóż

Gotowe ciasto rozkładamy na stole i wycinamy foremkami kształty np. Wielkiego Cthulhu albo renifera. W kształtach tych należy nożem wyciąć dziury, do których nasypiemy pokruszonych landrynek. 
Znacie kogoś, kogo najchętniej pobilibyście workiem ze zużytymi bateriami lub landrynkami ? Jeśli tak to super, bo teraz należy pokruszyć landrynki, a nic nie nadaje się do tego lepiej niż łepetyna jakiegoś kretyna. Landrynki trzeba poddać segregacji - każdy kolor w innym worku. Już tłumaczę po co - otóż dobrze, aby witraż miał jakiś określony, wyrazisty kolor. Inaczej wszystkie będą brązowe. Landrynki kruszymy wedle kolorystyki i sypiemy do wyciętych w piernikach dziur. 

Następnie wstawiamy wszystko do piekarnika. Na instrukcji ciasta z Ikei napisane było, żeby piec w temperaturze 200 stopni. To na pewno świetny pomysł, ale proponuję piec je w niższej temperaturze. W przeciwnym razie landrynki wykipią i zmienią się w czarną, cuchnącą breję, która zaraz po wyjęciu zastygnie na amen niwecząc wszystkie nasze plany. 



Kolejnym krokiem po upieczeniu jest zdobienie. Bierzemy filiżankę cukru pudru i wkrapiamy tam pół cytryny. Jeżeli podobnie jak ja użyliście do produkcji cukru pudry młynka z resztkami kawy, najprawdopodobniej lukier wyjdzie lekko brunatny.

Lukier ładujemy do woreczka i obcinamy narożnik. W ten sposób powstaje improwizowany pistolet lukrowy, którym możemy rysować szlaczki i wzorki. Dzięki temu nasze pierniczki mogą nabrać naprawdę unikatowych cech, ubarwią nasze święta i uczynią ten czas naprawdę magicznym :)


14 grudnia 2011

, , ,

Sztuka przetrwania dla młodych ojców #5: wątróbka


Oto sięgam do skarbnicy wiedzy tajemnej, aby otrząsnąć się z traumy, zrzucić z siebie szaleńcze brzemię dnia poprzedniego i wyzbyć się tego obrzydliwego smaku zniszczenia i rozkładu, jaki pozostał w mych ustach po zdeformowanych, cuchnących płodach mórz i oceanów...

Sięgam po wątróbkę.

Świeże, ciemno-czerwone wątroby, z których ciągle jeszcze sączy się krew są nam - ludziom, znacznie bliższe niźli paskudztwa z wody. Nawet jeżeli są to tylko wątroby drobiowe. Zawsze będę cenił bardziej najpaskudniejsze nawet ssacze czy ptasie podroby niźli to coś, co nawet nie wiem czym jest (Skorupiak? Pajęczak?). Jeśli bowiem odrzucić podstawowe dary, które dała nam matka natura - cóż nam pozostaje? Robactwo jeno najpodlejsze i ...   rośliny. Żylibyśmy jako te krowy na pastwiskach!

Patelnię wypełniamy do połowy cebulką pokrojoną w półksiężyce i smażymy aż nabierze konsystencji właściwej. Prawie surowa będzie ostrawa, lekko zeszklona trochę słodka. Najlepsza jest jednak taka niemal skwarkowa, która - gdyby nie tłuszcz - byłaby chrupiąca.

Wątroby obsypujemy na talerzu solą (obficie... nie dajmy sobie wcisnąć, że sól to białą śmierć. To danie bez soli zabije nas tak samo szybko!) a następnie mąką, która ostatecznie winna zmienić się w quasi-panierkę. Następnie wrzucamy je do cebuli i zasmażamy tak długo aż przestaną krwawić. Lub prawie przestaną krwawić.

Całość należy podawać z świeżym pieczywem i jakimś przyzwoitym napitkiem.


12 grudnia 2011

, , ,

Sztuka przetrwania dla młodych ojców #4: frutti di mare


Frutti di mare, czyli po naszemu owoce morza, to mieszanka wszelakiego dobra, które morze wyrzuca na brzeg, a nie jest to ryba. Mówimy tutaj o takich stworzeniach jak: małż, kalmar, kałamarnica, przegrzebka, krewetka etc. Frutti di mare w formie głęboko mrożonej paczuszki to idealna potrawa dla młodych ojców, którzy patrzą jak ich żony zajadają się ryżem z marchwią.

Owoce morza głęboko mrożone należy przesmażyć na patelni, na odrobinie oliwy aż odtajają i się zagrzeją. Najlepiej jeżeli są już firmowo przyprawione, bo odpada nam jeden, kluczowy problem - jak to do cholery przyrządzić ? Całość w formie sosu z bliżej nieokreślonymi stworzonkami wylewamy na makaron. Najlepiej tagliatelle ponieważ jest on szeroki i dobrze zbiera sos.

Tu zapewne spodziewamy się rozpływania nad rozkoszami podniebienia rodem z najlepszych kuchni francuskich, opisów powodujących ślinotok do wnętrza klawiatury i barwnych fotografii. No fucking way! Poza barwnymi fotografiami dostajemy tylko twardą, śmierdzącą rybami rzeczywistość.

Kalmar smakuje jak nóżka kurczaka, która leżała w śmietniku na rybich flakach. Tak drodzy czytelnicy. Pisząc o owocach morza nie sposób pominąć bogatych doznań estetycznych towarzyszących spożyciu owego dania. Wachlarz jest szeroki i dotyczy wszystkich zmysłów.

Małże. Gdyby im się nie przyjrzeć wcześniej za dokładnie to smakują jak ślimak, tylko bez masła czosnkowego i ziół. Kiedy przyjrzymy się dokładniej zauważymy, że coś z tym stworzeniem jest nie tak. Żując je i czując jak jego wnętrzności rozlewają nam się w ustach z pewnością przejdzie nam przez głowę myśl o puszczeniu ukradkiem pawia.

W tej całej menażerii osobistości, najzwyklejsza i najbardziej szara wydaje się krewetka. Niezawodnie dobra. Rozgryzienie krewetki owocuje wrażeniem przebicia pęcherza pławnego wypełnionego po brzegi gumową pianką. Krewetki zawsze są dobre (raz tylko zdarzyło nam się kupić krewetki, które w trakcie gotowania cuchnęły tak, jak pawilon gadów w zoo).

Zjedzenie od czasu do czasu obiadu w McDonalds nie jest aż takim tragicznym pomysłem...