29 grudnia 2012

, , , , ,

Grillowane krewetki, raki i łosoś z piwem Paulaner

- Artykuł sponsorowany -

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, jak Paulaner odmienił moje zdanie na temat piwa pszenicznego. Od tamtej pory stał się gościem mile widzianym przy stole. Walory smakowe tego jasnego, pszenicznego piwa rodem z Monachium są nie do przecenienia. Postanowiłem zatem przygotować prawdziwy specjalite de la mezą podawany wraz z tym nietuzinkowym trunkiem.

Zacznijmy jednak od noty historycznej...

Piwo pszeniczne to pierwsze piwo, które zaczęli produkować ludzie. Według pewnych teorii naukowych, to właśnie naczynie z pszenicą pozostawione na deszczu, w którym wytworzył się alkohol, stało się przyczyną tego, że ludzie zaczęli wieść osadniczy, rolniczy tryb życia. To dzięki piwu wytworzyła się cywilizacja Sumerów i pismo, stworzone na potrzeby rejestrowania plonów pszenicy.

Jain Gately w swojej książce "Kulturowa historia alkoholu" wspomina, że piwo - zwane wówczas Ale - stanowiło podstawowy trunek nacji barbarzyńskich - Galów, Brytów czy Germanów. Dzięki zawartych w nim substancjom odżywczym, Ale traktowane było nie tylko jako napitek, ale i jako pożywienie (spożywali je wszyscy - łącznie z dziećmi). Spożywanie Ale było wówczas także znacznie bezpieczniejsze niż picie wody.

A teraz do sedna

Piwo pszeniczne w kuchni ma zastosowania podobne do białego wina - pasuje do drobiu, ryb i owoców morza. Mój dzisiejszy przepis dotyczy właśnie tych ostatnich i może się nadawać zarówno na kolację dla dwojga, jak i na większe party - wykorzystuje on bowiem grill, co w oczywisty sposób czyni zeń potrawę społeczną (siedzi się w kółeczku, pije piwko, grilluje etc). A ponieważ jest zima, pozostaje grill elektryczny, raclette (rodzaj grila elektrycznego z podkładkami do topienia sera) lub choćby patelnia grillowa.

Potrzebne składniki:
  • Piwo Paulaner
  • krewetki, raki, łosoś (lub co kto woli)
  • oliwa z oliwek
  • czosnek
  • zioła (co kto lubi)
  • przyprawy do grilla, ostra papryka, sól itp.
  • musztarda
  • majonez
  • śmietana
  • pietruszka
  • tabasco

Dodatkowo przydać się mogą:
  • liście szpinaku
  • ocet winny
  • ciasto francuskie ;)
  • bagieta z masłem czosnkowym 
  • co kto lubi

Generalnie można zrobić naprawdę tłustą biesiadę. Tłustą w cudzysłowiu, bo jednak ryby i owoce morza (i rzeki) są raczej dość chude.

Wszystko zaczyna się od przygotowania marynat. Ja zrobiłem dwie - oliwa z czerwonymi przyprawami (przyprawa do grilla, papryka, coś ostrego) oraz oliwa z czosnkiem i ziołami. Do obu naczyń wrzuciłem dokładnie po połowie "materiału".

Do tychże marynat wrzucamy krewetki, raki i łososia (bądź co kto lubi). Ja użyłem łososia wędzonego, a krewetki i raki już takie wstępnie obgotowane i marynowane w kwasie mlekowym i occie jabłkowym - są wyraziste.  Mrożone wymagają więcej zabawy.

Krewetki tygrysie też byłyby super, ale pamiętajcie, że trzeba się z nimi trochę namęczyć przy jedzeniu. Nie jest to widok estetyczny. Zależy od poziomu zżycia z osobami, które zapraszamy.

Całość może się pomarynować w lodówce nawet kilka godzin.

W tak zwanym "międzyczasie" warto przygotować inne rodzaje przekąsek, które stanowić będą uzupełnienie uczty - bagietki z masłem czosnkowym (można kupić gotowe, mrożone i tylko upiec), słone paluchy z ciasta francuskiego (solimy (oczywiście solą morską ;) ) i posypujemy pokruszonymi płatkami migdałów lub słonecznikiem ciasto francuskie, kroimy na paski i pieczemy) oraz sałatkę ze świeżych liści szpinaku - bombowa sprawa.

Bierzemy liście szpinaku i skrapiamy je octem winnym. Proste, acz nietuzinkowe. A przy tym świetnie pasuje do pozostałych, serwowanych tego wieczora przysmaków.

Do grillowanych dóbr musimy wykonać jeszcze sos składający się ze śmietany (lub jogurtu naturalnego), majonezu, musztardy i tabasco. Proporcje wedle własnego uznania.

Teraz układamy wszystko ładnie na talerzykach - parę liści szpinaku, słone paluchy, trochę bagietki. Rozlewamy boski napój - i tutaj pozwolę sobie wspomnieć o wysokich szklanicach. Tak, to działa. Piwo pite z butelki smakuje inaczej niż z odpowiedniej dla niego szklanicy (podobnie zresztą jest z winem). Do piw pszenicznych zaleca się wysokie, smukłe szklanki.

I rozpoczynamy grillowanie...

Cóż można napisać o grillowaniu - ot proces termiczny. Nic bardziej mylnego - gdyby faktycznie był to tylko proces termiczny, posługiwalibyśmy się kuchenkami mikrofalowymi.

Grillowanie łączy. Zwłaszcza, kiedy w zimowy wieczór popijając złocisty trunek zasiadamy wokół stołu, na którym stoi elektryczny grill, i smażymy wędzonego łososia, krewetki, raki i paprykę. Jest to właśnie kwintesencja tego, jak zdefiniować można by udany wieczór - dobre jedzenie, dobre picie, siedzenie przy stole i rozmowy do późnych godzin nocnych - dolce vita, a grillowane krewetki i raki z marynat są chrupiące, słone, ostre i znakomicie pasują do piwa. 

21 grudnia 2012

, , , ,

Pierogi z kapustą w 10 minut (z ciasta francuskiego ;)

Nie chcę zapeszać, ale mamy 21:44 a tu końca świata ani widu, ani słychu. Wygląda na to, że w tym roku święta jednak się odbędą. Kto nie zrobił zakupów ten trąba :) Chyba, że macie w lodówce ciasto francuskie (zawsze warto mieć z 2-3 paczki) oraz kiszoną kapustę (jest zima - warto mieć 2-3 paczki). Nie muszę chyba tłumaczyć spraw tak elementarnych jak posiadanie w lodówce 2-3 paczek ciasta francuskiego i kiszonej kapusty. Jeżeli ktoś ma wątpliwości odsyłam do lekcji nr. 1 - "co to jest widelec".

Ok, zaczynamy.

Potrzeba:
  • paczka ciasta francuskiego
  • paczka kiszonej kapusty 
  • sól
  • pieprz
  • papryka w proszku
  • cebula

Zaczynamy od drobnego posiekania cebulki i przesmażenia jej. Do gara wkładamy posiekaną kapuchę, którą doprawiamy solą, pieprzem, papryką i czym tam jeszcze kto chce. Na dobrą sprawę kapusta kiszona jest dobra sama w sobie, ale odrobina pieprzu lub nawet większa jego ilość nie zaszkodzi - mamy zimę, a to znaczy, że trzeba jeść jak na zimę przystało - obficie, niczego sobie nie żałować, przypraw dawać bez umiaru, kapusty kiszonej żreć bez umiaru. Tak jadali nasi przodkowie (jeżeli akurat w ogóle mieli jakieś jadło). Potem do gara wrzucamy też przesmażoną cebulę i mamy tzw. farsz.

Ciasto francuskie kroimy na kwadraciki wielkości mniej więcej takiej, żeby była odpowiednia. Nie ma sensu babrać się w jakieś subtelności - fajny duży pieróg to jest to. Ładujemy na to farsz i zlepiamy w trójkąciki. Ma to dość kluczowe znaczenie więc wspomnę - przed nadzianiem farsz powinien nieco przestygnąć, bo się ciasto zmemła.

Sklejone trójkąciki wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy do czasu tuż przed tym jak się przypalą - czyli tak mniej więcej w sam raz.

No i generalnie jak już się upiecze, to trzeba trochę poczekać, bo wszystkie rzeczy z ciasta francuskiego mają to do siebie, że niemiłosiernie parzą papę.

A tak wygląda przekrój poprzeczny:




16 grudnia 2012

, , , , ,

Łazanki - podstawa przetrwania

Dzisiejsze danie jest przaśne, ale nie pozbawione wdzięku. Jest idealne na zimę - rozgrzewające, tłuste i z witaminami. Powitaaaaajmmyyyyyyyyyy! ŁAZAAANKI!!!! Czyli polskie spaghetti ;)

Do przyrządzenia tego genialnego w swej prostocie eintopfu potrzebujemy:
  • kiełbasy
  • parówek
  • boczku
  • innych mięs wedle uznania
  • cebuli
  • makaronu
  • pieprzu i soli
  • kapusty kiszonej
  • kminek
  • inne przyprawy

 Niezbędna będzie także piosenka.

Kapustę kiszoną siekamy drobno i zaczynamy dusić w garze z kminkiem, solą i pieprzem, papryką słodką i innymi przypawami. Na osobnym palniku wstawiamy do gotowania makaron (klasyczne łazanki mają prostokąciki, ale tak naprawdę who cares?).

Teraz bierzemy mięsa i cebulę i siekamy to wszystko w kosteczkę wedle uznania. Zaczynamy od smażenia cebuli, potem mięsa mielonego lub gulaszowego, kiełbasy, boczku i parówek. Generalnie bogactwo tej potrawy opiera się w dużej mierze na zawartości mięsiw różnej maści. Chyba nie chcemy - jak wegetarianie - po przyjściu z mrozu do domu żywić się makaronem i innymi warzywami? Widzieliście kiedyś wegetarianina z brzuszkiem? Ci ludzie wprost uwielbiają cierpieć.

Kiedy już mięsa będą już same w sobie przypominać gotową potrawę, a kapustka nieco zmięknie, dodajemy to wszystko do jednego, wielkiego gara i mieszamy. Powinno się jeszcze trochę przegryźć, makaron powinien naciągnąć płynu i generalnie powinna zadziać się magia...

Tak drodzy czytelnicy - magia. Odczujecie ją w momencie, gdy wrócicie przemarznięci z wielką, dwumetrową choinką, którą tachaliście po schodach na 3 piętro, oblepieni żywicą i igłami, z czerwonymi nosami, stalaktytami gilów i skostniałymi rękami. Wejdziecie do zaparowanej kuchni, siądziecie przy stole przed miską łazanek i zaczniecie pałaszować. Poczujecie ją, gdy kwaśna, gorąca kapusta z mięsem i makaronem, zacznie drążyć Wasz układ pokarmowy napełniając Wasze serca i dusze radością, ciepłem i poczuciem błogiej sytości...  

Kształt makaronu naprawdę nie jest ważny. 



12 grudnia 2012

, ,

Indyk z suszonymi śliwkami

O indyku nadziewanym śliwkami pisałem już 28 lutego 2011 roku. Był to czas błogiego spokoju, kiedy po mieszkaniu nie latał jeszcze w pogoni za kotem mały rozbójnik. Dziś jest rozbójnik i nie ma błogiego spokoju. Co więcej - człowiek coraz bardziej martwi się tym, co je, czyta etykiety, sprawdza listę składników. Weźmy takie wędliny - jest na rynku naprawdę niewiele, które człowiek by dał dziecku bez obaw. Wszystko ma mnóstwo składników o tajemniczo brzmiących nazwach, coraz więcej sztuczności, coraz mniej prawdziwego mięsa...

Dlatego wpadliśmy na pomysł, aby od czasu do czasu robić w ramach wędliny pieczone mięso. Można to zrobić na setki sposobów. Zastanawiamy się np. nad zakupem tzw. "szynkowaru", w którym można pędzić własne szyniny (BTW ma ktoś takie cholerstwo? Jaki kupić? Tak duży wybór i tak mało czasu!). Kupując mięso i robiąc z niego coś do chleba mamy dużo większą kontrolę nad tym, co jemy i co jedzą nasze pociechy (tak, tak... kotu też się dostaje). 

Indyk jest o tyle ciekawym mięsiwem, że jest to drób, ale nie kura. Kurczaki są tanie jak barszcz i wszyscy kupują je na potęgę dlatego producenci starając się nadążyć za popytem próbują wyciągnąć więcej z każdego kurczaka. Robią to szprycując je sterydami, które następnie przenikają do naszych organizmów. Nie, nie... nie wyjdę zaraz na ulicę z transparentami "GMO to nie to!" :) Jem kurkę i jem świnkę. Inaczej nie mógłbym jeść niczego. Ale indyk jest z tego wszystkiego zdecydowanie najzdrowszy. Jego suche, czerstwe mięso ciągle jeszcze cieszy się niewielką popularnością skromnej rzeszy smakoszy. 

Kolejną zaletą indyka jest to, że jak kupujemy pierś z indyka to waży ona kilogram albo i więcej. Jeden kawał mięsa, jedna bryła. Nie jakieś tam mięsne płatki od kurczaka, których nawet nie da się porządnie nafaszerować. Pierś z indyka z łatwością można rozciąć i nafaszerować dowolnym składnikiem. Suszone śliwki są super - słodko-kwaśny smak owoców idealnie współgra z mięsiwem (vide sałatka z kurczaka z ananasem).

Poza tym, że indyk ze śliwką to świetne mięso na obiad, jest też idealne jako wkładka do sandwicha z sałatą na śniadanie, lunch i kolację. Indyk to samo dobro. Indyk na prezydenta!

Na poniższej rycinie Mały Facet w Quchni pałaszuje indyka:



PS: Zdjęcie indyka - z lampą - a jakże?

22 listopada 2012

Fotografia dla blogerów kulinarnych

Ostatnim razem napisałem dość obszerny wstęp, w którym było dużo ogólnych pierdół o tym, co jest potrzebne, co zbędne a co się może przydać. Dziś chciałbym skupić się bardziej na aparacie oraz na aspektach filozoficznych robienia zdjęć kulinarnych na bloga. Wszak wszystko musi mieć swoją filozofię. Żyjemy w czasach kiedy przechodząc przez wrocławski rynek nie da się nie spotkać amatora z Canonem 5D, który napieprza zdjęcia ratuszowi i innym budynkom. To czasy fotograficznej grafomanii. Oldschoolowcy zawsze powtarzają, że w dobie fotografii cyfrowej nikt nie szanuje klatki. Wszędzie pełno jest śmiecia i badziewia. Moja filozofia jest taka: nie starajmy się stworzyć dzieła sztuki. Zróbmy zdjęcie, które jest fajne lub przynajmniej w jakimś stopniu interesujące.

Jaki aparat dla blogera kulinarnego?

Sprawa jest prosta - jeżeli nie masz świra na punkcie fotografii, a chcesz jedynie, aby Twój blog miał w miarę fajne fotki - kup kompakt. Obecnie można kupić bardzo przyzwoity kompakt za parę stówek. Byłem niezmiernie zdziwiony, kiedy widziałem zdjęcia, które mój znajomy zrobił w jakimś tam Szanghaju w nocy kompaktem Canona za trzy czy cztery stówki. Były dużo lepsze niż gdyby użyć najprostszej lustrzanki. Pamiętajcie, że dzisiejsze Iphony trzaskają też rewelacyjne fotki. Takie czasy. Jeżeli nie jesteś maniakiem fotografii bierz kompakta. Ma on dużo automatycznych programów, w tym macro, który jest jednym z najprzydatniejszych. Kilka funkcji manualnych się przyda (np. wyłączenie lampy), ale to chyba mają wszystkie.

No dobrze - a co jeśli jednak jesteś maniakiem? Z reguły wszyscy foodie w większym lub mniejszym stopniu jarają się fotografią. Należy zatem rozważyć kilka kwestii. Tania lustrzanka najczęściej będzie jednak dość kiepska. Fotografia kulinarna czasem wymaga sporej sprawności i inwencji. Nie zawsze mamy możliwość rozłożenia się na balkonie przy pięknym słoneczku lub rozstawienia lamp. Właściwie na razie zapomnijmy o lampach.

Jeżeli już naprawdę MUSISZ mieć lustrzankę wiedz, że będzie to droga impreza - nawet jeżeli weźmiesz używkę. Zawsze zapragniesz mieć lepszy obiektyw, a obiektyw to koszt od 1/2 ceny body do jej kilkukrotności. W sumie impreza zaczyna się mniej więcej od 2 tysięcy, chyba że nie masz uprzedzeń, to oprócz canona są jeszcze inne marki. Ja startowałem od Olympusa E-420 - nota bene niedługo będę go chciał sprzedać! Wspaniały aparat do robienia zdjęć na balkonie przy pięknym świetle :) Zrobiłem nim np. tę fotkę:


... i wszystkie inne przed wrześniem 2011 r.

W idealnych warunkach każdy aprat da radę, jeżeli fotograf wie, co robi. Nie jest tak, że jak ktoś kupi tego 5D to od razu będzie trzaskał nie wiadomo jakie fotki w półmroku, przy świecach.

A zatem - zadaj sobie pytanie:
Kiedy planujesz gotować i robić zdjęcia? Jeżeli masz czas tylko wieczorami, to sytuacja jest niewesoła - może lepiej kupić tańszy aparat i jakieś lampki (oświetlenie stałe, świetlówki 125W, jakieś statywy - na allegro komplet się wyciągnie pewnie za jakieś 150-200 zł), ale jeżeli braknie Ci zapału, po dwóch-trzech sesjach przestaniesz to rozkładać i będziesz robić zdjęcia przy wbudowanej lampie, która daje efekt gorszy niż mierny.

Jeżeli przygotowujesz wpisy tylko w weekendy, w biały dzień - alleluja! Wystarczy tania lustrzanka, aby zacząć się bawić.

Jak wyglądają zdjęcia zrobione Canonem 550d wieczorem przy sztucznym oświetleniu?

Ot chociażby tak:



Jak widać - wygląda to całkiem nieźle. No i teraz clue tej całej historii. Zdjęcie zrobiłem z wbudowaną lampą błyskową. Pewnie niektórzy się teraz łapią za głowę, inni wołają "kyrie elejson" i sięgają po krucyfiks - jak on mógł? Natomiast przyjrzyjcie się temu zdjęciu. No przecież ładne jest, nie?

Już nie pamiętam jak powstało, ale znając siebie rozproszyłem lampę trzymając przed nią zwykłą, białą kartkę - najpewniej notes na zakupy. Sądząc po cieniu przy skrajnie lewych krewetkach świeciło się także górne światło - słaba, ciepła żarówka (kyrie elejson! Zmieszałem 5500k z 2700k!!!).

Powiem coś, co jeszcze bardziej Was zgorszy. Zdjęcie to prawdopodobnie obrobiłem w GIMPIE albo nawet w IrfanView !!! Tak, tak... nawet nie używam pirackiego fotoszopa, tylko rozwiązania open source. Mam kolegę, który jakąkolwiek ingerencję cyfrową uważa za hańbiącą i dyskwalifikującą. No więc zwiększyłem ostrość, kontrast oraz nasycenie kolorów - to moja standardowa procedura. Wykadrowałem także zdjęcie marnując drogocenną przestrzeń matrycy, za którą zapłaciłem! (O ZGROZO!).

Konkluzją

Bardzo gorąco zachęcam do czytania książek i chodzenia na kursy fotografii - sam tak robię. Natomiast kiedy stawiamy przed sobą na stole parujący talerz jadła i bierzemy do ręki aparat nie myślmy o książkach i kursach, ale o tu i teraz. Nie myślmy o zasadach, regułach, poradach... to wszystko bardzo cenne rzeczy, natomiast efekt ostateczny uzależniony jest tylko i wyłącznie od naszej inwencji i kreatywności.


PS: Jeśli w kadr wejdzie kot lub dziecko - nie przejmować się. Zdjęcia spontanowe są najlepsze. Przynajmniej widać, że ktoś chce zjeść to, co jest na talerzu.

PS2: To był setny wpis na tym blogu :)

PS3: Na mym drugim blogu rozpocząłem temat o analityce internetowej dla blogerów - zachęcam:
http://blog.shopout.pl/abc-analityki-internetowej-dla-bloggerow-cz-1/
http://blog.shopout.pl/abc-analityki-internetowej-dla-bloggerow-cz-2/



18 listopada 2012

,

Likier kawowy


To był długi, pełen niepewności i nerwowego oczekiwania flirt z niewiadomą. Czytałem dziesiątki opracowań, sięgałem do starożytnych źródeł, nauczyłem się zapomnianych dialektów, aby porozumieć się z pradawnymi bóstwami i ciągle nie mogłem pogodzić się z faktem, że w tylu przepisach pojawia się kawa rozpuszczalna...  nieeeee! - krzyczałem w głębi swojego jestestwa - to nie może być rzeczywistość, tak się po prostu nie robi!

Odrzuciłem tę maskę zakłamania, te złudy, które co dzień wodzą na za nos swoimi pięknymi kłamstwami. Zszedłem z utartego szlaku, łatwego szlaku, równego, oczyszczonego z głazów, spękanych pni i cierni. Zanurzyłem się wgłąb wilgotnej, mrocznej zgnilizny, by odszukać prawdę - tę jedyną.

Teraz, gdy to wszystko jest zaledwie wspomnieniem - nie potrafię nawet powiedzieć ile dokładnie czasu to trwało, jakie proporcje, ile i jakich ingrediencji. To co pamiętam, postaram się odtworzyć z jak najbardziej pieczołowitą wiernością.

Przez wiele dni nurzałem ziarna dobrej gatunkowo kawy w czystym spirytusie, aż nabrał on barwy brązowawej (choć jeszcze nie brązowej). Nurzałem tam laskę wanilii - również przez wiele dni. W końcu nurzałem i karmel - smażony na patelni cukier, który w najwyższym momencie temperaturą swą skłonny był spalić wszystko co żywe na czarny wiór.

Do tej ciemnej - choć nadal przejrzystej - wody dodałem kilka filiżanek mocnego, gorącego, aromatycznego espresso (ze świeżo zmielonych ziaren kawy) i dodatkowo rozcieńczyłem to zwykłą wódką, aby moc nie była zbyt duża.

Po wielu miesiącach, gdy uznałem, że przegryzło się wystarczająco, wlałem większą część puszki mleka zagęszczonego, słodzonego (przypominającego to, z tubki). Dopiero te wszystkie zabiegi doprowadziły do stworzenia likieru kawowego, godnego nosić to imię.

Zaprawdę powiadam Wam! Nie wierzcie w mity i kłamstwa o kawie rozpuszczalnej i cukrze waniliowym! Odrzućcie iluzję i odważcie się spojrzeć w zwierciadło prawdy. Jedynie ono zapewni Wam likwor godny!

1 listopada 2012

, , ,

Ciasto jogurtowe

Zaordynowałem dziś mej małżonce, aby zrobiła jakieś dobre, nie za słodkie ciasto, które mógłby zjeść także młody panicz. Wybór padł na ciasto jogurtowe wg. przepisu Ale Babki , który to był on chwalony wszem i wobec w całym internecie jak długi i szeroki. Ciasto wyszło smaczne, nie powiem, paniczowi i małżonce również smakowało, więc trafia tutaj.

Potrzeba:
  • 340 g mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 całe jajka
  • 100 g cukru
  • pół szklanki oleju
  • jogurt owocowy (300 g)
Jak widać przy składnikach jest bardzo precyzyjnie określone ile czego ma być ;) Oczywiście to tylko sugerowane wartości. Odrzucić można wszelkie gusła i zabobony jakoby miały one jakiekolwiek znaczenie na efekt ostateczny. Kształt ciasta zależy od formy i to ona jest najważniejsza!

Składniki należy dokładnie wymieszać i przelać do formy. Ja zaordynowałem zastosowanie formy okrągłej, silikonowej. Wśród rozlicznych jej zalet są takie, że ciasto okrągłe można kroić jak pizzę, oraz że po upieczeniu dość szybko można ciasto z formy wyjąć i jeść (jeszcze gorące), podczas gdy blachą można się poparzyć, a ciasto może do blachy przywrzeć.

Ciasto trzeba piec 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 170 stopni! :) I tu znów - nie przywiązujmy do tego aż takiej uwagi. Będzie dobre, jak się odpowiednio zarumieni i nie będzie surowe w środku (można to bardzo łatwo poddać weryfikacji z pomocą takich instrumentów jak zapałka czy wykałaczka).

Upieczone ciasto posypujemy cukrem pudrem i gotowe!


28 października 2012

, , ,

Kruche ciastka z dżemem

W życiu każdego rodzica jest chyba taki moment, gdy dziecko dowiaduje się o istnieniu słodyczy. Zazwyczaj winne są babcie, ale fakty są niepodważalne - nie da się ukrywać przed berbeciem prawdy w nieskończoność - prędzej czy później i tak się dowie. Wyszliśmy zatem z założenia, że skoro jest to zło konieczne, możemy spróbować nad demonem zapanować - wytwarzając słodkości (jak robiły to nasze babcie w XIX w.).

Przepis zaczerpnięty jest z książki "U malucha na talerzu" pióra Marty Jas-Baran. Na wstępie napiszę, że pomimo iż ogólnie książka bardzo pomocna i pełna dobrych przepisów, to ciastka zjedzą raczej rodzice, bo są zwyczajnie za twarde. Przepis w książce figuruje jako "Najszybsze kruche ciasteczka".

Potrzebujemy:
  • pół szklanki mąki tortowej
  • pół szklanki mąki krupczatki
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 4 łyżki oleju z pestek winogron
  • 4 łyżki wody źródlanej
  • owoce do dekoracji (najlepiej wiśnie)

Po przeczytaniu powyższej listy (zaczerpniętej z książki) sami chyba rozumiecie, że to się nie mogło udać. Ja dałem dżem (dobrej jakości) a krupczatkę zastąpiłem jeszcze połówką szklanki mąki tortowej. Olej z pestek winogron akurat wyszedł.

Zatem mieszamy to wszystko w misce aż nabierze należytej konsystencji, potem wkładamy do wora i ładujemy do lodówki na jakiś czas, aby ciasto się przegryzło. Potem wałkujemy, wycinamy ciastka foremkami i pieczemy. Bułka z masłem. Co zatem mogło pójść nie tak?

Ok, zawsze w pogotowiu należy mieć biszkopcik bezpieczeństwa, bo jak mały zobaczy am, to lepiej z nie igrać z jego uczuciami. A ciasteczka kruche mogą zjeść rodzice.





21 października 2012

, ,

Sernik nowojorski

Czasami facet w kuchni musi być jak szef czy kapitan na pirackim statku. Wydaje polecenia lub przyjmuje swoich podwładnych z ich problemami i pyta "co proponujesz?". Tak, tak drodzy czytelnicy. Ciężkie brzemię odpowiedzialności nie dotyczy jedynie tych, którzy w grubych rękawicach wyjmują chleb z pieca, ale także i tych, którzy stoją na górze i rozwiązują problemy globalnie. Dlatego tym razem daję sernik, który zrobiła moja żona podczas gdy ja leżałem na podłodze strzegąc bezpieczeństwa naszej pociechy.

Żona mówi, że potrzebne są:
  • paczka ciastek digestive
  • masło
  • kubeł twarogu
  • cukier
  • sok z cytryny
  • kwaśna śmietaa
  • jajka
Ciastka kruszymy na drobno i mieszamy z rozpuszczonym masłem. Powstaje z tego taka masa czy raczej mokre kluchy, które stanowić będą spód sernika. Blachę obłożoną folią aluminiową wyklejamy owym ciastem łącznie ze ściankami (aby ser się nie przywarł).

Twaróg, cukier, jajka, śmietanę i sok z cytryny się miksuje (proporcje do znalezienia na pierwszym lepszym blogu kulinarnym ;) i wylewa do blachy. Sernik piecze się w ok. 170-180 stopniach przez prawie dwie godziny!

Powinno się go jeść po schłodzeniu, ale któż by zważał na tego rodzaju reguły? Wystarczy odczekać chwilę, żeby nie parzył w papę. Ogólnie rzecz biorąc smakuje trochę jak pierogi leniwe, ale z lekką nutką cytryny i ciastek digestive. Niebo w gębie!

Tak że jak żona się nudzi, to możecie jej dać zajęcie a sami poświęcić się ulubionym, męskim rozrywkom takim jak poker, wyścigi konne albo układanie wieży z klocków. 




30 września 2012

,

Nalewka winogronowa

Nalewkę winogronową robię co roku już od paru lat. Przyczyna jest prozaiczna - jest winogron do spożytkowania, a średnio smakuje i nawet szpaki nie chcą żreć. Zrywam zatem jak leci, zasypuję cukrem, zalewam wódą i zazwyczaj jest.

Wiem, że są domorośli bimbrownicy lubujący się w przepisach, proporcjach i miarach (1410 i te sprawy). Wedle mojej filozofii robienie winogronówki czy jakiejkolwiek innej nalewki nie wymaga żadnej specjalnej matematyki ani stawiania tarota. Ot - zalewamy i czekamy. Zazwyczaj wychodzi smaczne.

Jedyny element nadprzyrodzony czy też może metafizyczny, to dolewanie kielonka zeszłorocznej i z lat wcześniejszych - o ile takie się ostały - do nowej partii. Taki mały fetysz nie mający absolutnie żadnego wpływu na smak czy jakość.

Cóż więcej mogę... no kolor zależy od proporcji jasnych i ciemnych winogron. W 2010 r. zrobiłem ładną w kolorze piwnym (patrz. rycina nr. 1), rok później robiłem speed-nalewing - nie pamiętam proporcji, ale moszcz kisił się bardzo krótko. Widocznie miałem jakąś szaloną wizję, że będzie miało świeży, odżywiający smak. Cóż - smakuje raczej zwyczajnie. W AD 2012 będzie prawdopodobnie kolor winny lub też wina rozcieńczonego wodą, bo ciemnych i jasnych gron dałem tyle samo. Dodatkowo nie certoliłem się z obieraniem tylko wrzuciłem razem z patykami. Będzie bardziej taniczna, co mam nadzieję zrównoważy mdłą słodkość.

Tak wygląda teraz:



Z innych eksperymentów nalewkowych miałem już miętówkę na spirycie (wyszła obrzydliwa, ale spożyta w zimnym deszczu Dolomitów miała działanie zbawienne) a od roku czeka kahlua, ale trochę boję się jej pić, bo w procesie produkcyjnym występowały dziwne reakcje.

Może Wy macie jakieś ciekawe pomysły? (nie przepisy - pomysły!). Chciałbym zrobić jakiś taki dobry, ziołowy przecier na przeziębienia albo na nieżyty pokarmowe...


29 sierpnia 2012

,

Szakszuka (od Faceta z nożem)

szakszuka
Blog faceta z nożem to inspirujący zbiór przepisów rodem z orientu i bliskiego wschodu. Przepisów nie zawsze prostych - dodajmy (Ale czyż nie jest napisane, że gdyby Bóg chciał, abyśmy kierowali się przepisami, nie obdarzyłby nas ignorancją?). Szakszuka to danie, które przyrządzają Izraelici, ale - jak wyczytałem - również Arabowie. Jest to rodzaj jajka sadzonego, czy raczej posadzonego na pomidorach. Zaczynajmy.

Potrzebne będą:
  • pomidory
  • jajka
  • cebula
  • czosnek
  • oliwa z oliwek
  • czarne oliwki
  • sól, pieprz, słodka papryka
 Facet z nożem wymienia także kilka dziwnych przypraw, ale ja zamiast tego dałem małą, wredną, ostrą papryczkę posiekaną na drobno.

Zaczynamy od posiekania wszystkich składników na drobno, czyli: cebulkę, pomidora, czosnek i ostrą papryczkę. Wrzucamy na rozgrzaną oliwę cebulę i czosnek. Za jakiś czas papryczkę i pomidora. Pomidor najpierw będzie twardy, ale się rozmięknie i puści sok, wówczas będzie taka mało przyjemna papka. Trzeba to trochę zredukować.

Kiedy już mamy zredukowane, robimy lekkie zagłębienia, do których wbijamy jajka. Nic nie mieszać! Posypujemy to papryką, rzucamy pokrojone oliwki i przykrywamy. Teraz zasadniczo robimy jajko sadzone, tylko bez tej smacznej przypieczki.

Gdy całość przybierze formę zapiekanki jemy wprost z patelni. I muszę powiedzieć, że choć jajecznicę zwykle robię w taki sam sposób (z pomidorami i innymi dodatkami) to w takiej formie smakuje to zupełnie zaskakująco. Wszak jest to jajko sadzone. Choć ogólnie jajka budzą we mnie odrazę, jem je z perwersyjną przyjemnością i obrzydzeniem jednocześnie. Zwłaszcza sadzone lub na miękko. Doprawdy płynne żółtko przyprawia mnie o mdłości.

Polecam wszystkim!







21 sierpnia 2012

, , ,

Kuchnia dla najmłodszych - torcik bezjajeczny

tort bezjajeczny
Są sytuacje, które wymagają przygotowania tortu. Jedną z nich są pierwsze urodziny. Jednak rodzice roczniaków doskonale zdają sobie sprawę z zagrożeń płynących ze spożycia nieodpowiednich pokarmów. Takich jak np. jaja kurze.

Potrzebujemy zatem:
  • Śmietanę słodką 30%
  • Ser mascarpone
  • Wafle pszeniczno-ryżowe (nie mylić z ryżowymi)
  • Cukier
  • Owoce

Śmietanę z odrobiną cukru należy ubić na bitą śmietanę tzn. tak, aby stanowiła ona gęstą masę niewylewającą się pod wpływem grawitacji (najłatwiej zweryfikować obracając naczynie, w którym znajduje się ów śmietana do góry dnem).

Do tego dodajemy serek mascarpone i mieszamy uzyskując fantastyczny w swej konsystencji i smaku krem, będący podstawą naszego torciku, który już wkrótce będzie pałaszowany z pełną brutalnością przez naszą pociechę.

Wafle pszenno-ryżowe. Na pewno kojarzycie. Takie duże, w kolorze raczej żółte. Nie chodzi o wafle ryżowe (z prażonego ryżu), ale o te z mączki. Charakteryzują się tym, że da je radę zjeść bezzębny niemowlak rozpuszczając w ślinie. Przekładamy masą te wafle tworząc 2 lub 3 piętra.

Całość ozdabiamy owocami, najlepiej leśnymi np. jagodami i jeżynami. Lub też malinami.

 

29 lipca 2012

, , ,

Sałatka z winogronami, migdałami i serem gorgonzola

sałatka z winogronami, migdałami i serem gorgonzola
Iron Maiden, film Prometeusz, gry z serii Total War, sałatki...   co łączy wymienione rzeczy? Wszyscy je opluwają, mówią, że to nic nie warte badziewie, ale gdy poświęcimy im odrobinę uwagi i wysilimy się na odrobinę obiektywizmu, dystansu i otwarcia, okazuje się, że wcale nie jest to totalne dno. Weźmy takiego Prometeusza - byłem akurat wczoraj w kinie. Bardzo mi się film podobał. Bardzo ładnie zrobiony, bardzo spektakularny. Jedyne, czego potrzeba, aby nie wyjść z kina rozczarowanym, to zdać sobie sprawę, że nie zobaczymy tam ani jednego, cholernego obcego!

Skład:
  • sałata lodowa
  • winogrona
  • migdały
  • ser gorgonzola
  • czosnek
  • jogurt
  • sól, pieprz

Zaczynamy od przygotowania sosu czosnkowego. W tym celu należy wlać do naczynka odrobinę jogurtu. Dobrze, aby to nie był tzw. jogurt grecki (Grecy to bankruci, ich produkty mogą być nieświeże). Do jogurtu wciskamy kilka ząbków czosnku, wsypujemy sól i pieprz wedle uznania i gustu. Ale w dobrym guście jest, aby sos był w miarę ostry.

Do pojemnika wrzucamy porwaną sałatę, przekrojone na pół migdały, winogrona oraz ser gorgonzola pocięty w kostkę. Całość polewamy bogato sosem czosnkowym. Do tego podajemy wino czerwone, półwytawne oraz grzaneczki z masłem ziołowym.

Gwarantuję, że taka sałatka - mimo iż nie posiada mięsa - będzie Wam smakowała.
Long life the allmighty bunghole!

23 lipca 2012

,

Kawa mrożona

kawa mrożona
Widziałem ostatnio w telewizorze, że jakaś gwiazdka próbuje przekonać ludzi, że kawa mrożona to kawa z mlekiem, co jest oczywistą bzdurą. Kawa z mlekiem to co najwyżej sposób, aby nabawić się kamieni kałowych, czyli odwodnionych, zbitych mas kału, powodujących ciężkie zaparcia. Tak, tak moi drodzy - oto czym jest kawa z mlekiem.

Prawdziwa mrożona kawa składa się z:
  • filiżanki espresso
  • tłustych lodów waniliowych z prawdziwą wanilią
  • bitej śmietany (ubitej ze słodkiej śmietanki 36% z odrobinką cukru pudru)

Przyrządzenie takie napoju przypomina nieco pracę na kutrze rybackim - trzeba się dwoić i troić, jedną ręką obsługiwać ekspres, drugą miksować śmietanę a trzecią nakładać lody. Kawa musi być wrząca, lody zamarznięte, a śmietana gęsta i stabilna.

Bita śmietana to temat na osobny post, ale powiem tylko że to, co sprzedają w sklepach to produkt bitośmietanowo-podobny. Ma się to nijak do prawdziwej bitej śmietany, która jest gęsta i stabilna (powtarzam się? Może... to dlatego, że gęstość i stabilność, to dwie najważniejsze cechy prawdziwej, dobrej bitej śmietany). Nie może być też za słodka, bo wtedy będzie mdła, a całość deseru i tak jest już piekielnie słodka. Pamiętacie z jakim fetyszyzmem podszedł Tarantino do bitej śmietany w Bękartach Wojny? Taka ma być bita śmietana!

Lody...  nie mogą one to być pierwsze lepsze. Jak już napisałem - powinny mieć prawdziwą wanilię i być tłuste, przez co rozumiem, że nawet gdy są bardzo zmrożone, da się je nakładać łyżeczką, bo nie są twarde jak beton. Wysoka jakość lodów to drugi po bitej śmietanie, najważniejszy czynnik.

No i kawa. Robienie kawy mrożonej z kawy rozpuszczalnej przypomina trochę fortyfikowanie farmy przed atakiem zombie za pomocą kisielu, papieru toaletowego i zbutwiałej dratwy - po prostu się nie da. W ogóle kawa rozpuszczalna to zbrodnia przeciwko ludzkości (a podana z mlekiem także przeciwko jelitom). Kawa rozpuszczalna do pierwszy krok do grobu - kamienie kałowe, zaparcia, hemoroidy i śmierć. W takiej właśnie kolejności.

Zatem wspomniana gwiazdka nie dożyje pewnie gwiazdki pijąc promowaną przez siebie kawę mrożoną, choć znając życie, gdy tylko wyłączą kamery wypluwa kawę do wiadra lub wręcz spazmatycznie wymiotuje próbując pozbyć się ohydnego smaku syntetycznej kawy.

A kawa mrożona według mojego przepisu to gwarancja dużej potencji i długiego, zdrowego życia. Naturalne składniki i wyrazisty smak to coś, czego warty jest wysiłek niezbędny do przygotowania prawdziwej kawy mrożonej.



21 lipca 2012

, , ,

Paszteciki z ciasta francuskiego

Paszteciki z ciasta francuskiego
Jedną z największych zalet ciasta francuskiego jest to, że kiedy mają przyjść goście, wystarczy wyjąć cokolwiek z lodówki, zmiksować z cebulą i przyprawami, zawinąć w ciasto francuskie i upiec. W 20 minut mamy super danie, które wszyscy będą chwalić. Przykład?

Powszechnie wiadomo, że nikt nie lubi kurczaka z rosołu. Smakuje obrzydliwie. Właściwie jest jak włoszczyzna - wygotować i wyrzucić. Jest ąchły, nie ma przypieczki, nie jest jakoś szczególnie przyprawiony, smakuje raczej tłuszczem.

Wystarczy takiego kurczaka obrać, pokroić, dodać posiekanej cebuli, majeranku, soli i pieprzu, można dać tę rozgotowaną marchew z rosołu i to wszystko zmiksować blenderem. Znają to wszyscy, którzy mają dzieci lub przejmowali się dietą swojego kota, gdy miał dwa miesiące. No... może jeżeli wykluczymy te przyprawy i cebulę. Ani koty, ani niemowlęta nie przepadają za przyprawami i cebulą.

Całość musi być dość gęsta i pozbawiona płynu, żeby nie wypływała z ciasta. Powstaje w ten sposób de facto rodzaj pasztetu drobiowego, z tą różnicą, że możemy powiedzieć, że wiemy, co w nim jest. Tak powstałe paszteciki podajemy z barszczem lub solo, jako przystawkę.

Nie muszę chyba mówić, że na dobrą sprawę można tak załatwić każdy problem - kalafior z obiadu, brokuł, fasolkę szparagową, ziemniaki, groszek, marchewkę, inne mięsa z zup itp. Jeżeli coś się wydaje zbyt kontrowersyjne - przyprawcie mocniej. Najlepiej jakąś egzotyczną przyprawą np. indyjską. Można wtedy wcisnąć gościom jakąś ciemnotę, że to są samosy.



11 lipca 2012

, , , ,

Polish Cooking: krewetki po kajuńsku

krewetki po kajuńsku
polish cooking

Nadszedł czas, aby zasięgnąć do prawdziwej skarbnicy wiedzy. Polish Cooking, bo o niej mowa, to książka, którą znalazłem jakiś czas temu. Napisana przez polonię kanadyjską dla wytęsknionych za ojczyzną serc naszych rodaków zamieszkujących kraj francuzów i kolesi z głowami jak przecięte jajka (widziałem to w south parku...  Kanadyjczycy są naprawdę paskudni, w dodatku oglądają curling i mają pieniądze z eurobiznesu).

Krewetki po kajuńsku to bardzo tradycyjna potrawa przyrządzana na południu kraju. Wiem, że ostatnio pojawiło się sporo kontrowersji na temat tej potrawy, bo przyrządzają je wszyscy i wszędzie, nadużywając nazwy "krewetki po kajuńsku" w odniesieniu do byle krewetki zanurzonej w sosie BBQ. Wiem też, że wkurzeni południowcy mają swoje przepisy, a każdy jeden jest jedynym prawdziwym, świętym i nienaruszalnym. Cóż... sam jestem południowcem, więc cóż mogę rzec jeżeli nie to, że mój przepis na krewetki po kajuńsku jest jedynym prawdziwym i że wkurza mnie to, ale lada moment będzie można kupić McKrewetki po kajuńsku albo kubełek krewetek po kajuńsku nawet na Helu i będzie można przechadzać się z takim kubełkiem w jednej ręce, kubkiem coli w drugiej i dyndającym fiutem po plaży w Chałupach.

Rzeczy, które będziemy potrzebowali to:
  • krewetki (nie te małe obrzydliwe robaki tylko prawdziwe krewetki)
  • cebulę
  • czosnek
  • słodka papryka w proszku
  • pieprz
  • sól
  • ryż lub ziemniaki

Na rozgrzany olej rzucamy pokrojoną w paseczki cebulę i smażymy przez chwilkę. Następnie wsypujemy dużo papryki i pokrojone w plastry czosnki. Nie żałujcie sobie, bo nie będziecie mieli prawdziwych krewetek po kajuńsku. Do tego wrzucamy krewetki i sypiemy sól i pieprz. Dużo pieprzu.

Niektórzy zatwardziali południowcy twierdzą, że może to być tylko i wyłącznie pieprz cayenne, ale prawda jest taka, że to nawet nie jest pieprz. To zasuszona i zmielona ostra papryka. Dajcie pieprzu i nie oszczędzajcie. Ma być ostre ostrością pieprzu.

Kiedy już się nieco przysmaży, zalewamy wodą, żeby trochę się poddusiło i wrzucamy na wpół ugotowany ryż, po czym całość jeszcze trochę dusimy. Ryż spokojnie sobie dojdzie, a całość nabierze formy kajuńskiego risotto z krewetkami.

Wariant z ziemniakami jest taki, że zawartość patelni wylewamy na ziemniaki.
,
Jedząc to danie nie sposób nie myśleć o tych brzozach na polach, o tych zagajnikach, młodnikach pełnych prawdziwków, o sarnach, orłach bielikach i pelikanach latających nad jabłkowymi sadami pełnymi biało-czarnych krów, a w uszach niemalże namacalnie odczujemy Chopina i Pendereckiego...


9 lipca 2012

,

Tarta owocowa z mascarpone

Tarta owocowa z mascarpone
Słuchajcież. Mam niesamowitą wiedzę. Znalazłem ludzi, którzy jedzą owoce. To freeganie - wyjadają różne rzeczy ze śmietników - stare jogurty, przeterminowane rzeczy w słoikach no i między innymi owoce! Pomyślałem sobie, że popaprańcy, bo popaprańcy, ale jednak jedzą więc to chyba nie jest do końca tak, że jak zjesz owoc to zwymiotujesz i dostaniesz krwawej biegunki. Z drugiej strony jeżeli oni jedzą zepsute ogórki kiszone i wylizują brudne opakowania po gyrosie, to chyba muszą mieć nieco bardziej odporne organizmy od ludzi normalnych...

Ja natomiast mam przepis sprawdzony na coś, co zawiera owoce i nie jest w stanie Cię zabić. Jadłem i żyję. Chodzi o tartę z owocami i serkiem mascarpone. To w zasadzie już całość przepisu, bo chyba nie muszę tłumaczyć, gdzie się kupuje gotowe ciasto kruche, mascarpone i owoce. No, może co do owoców - można je zerwać w lesie albo ukraść zwierzętom w zoo. Prawdopodobnie można też kupić od azjatów na straganie - oni jedzą różne ekstrema np. takifugu, od którego też można umrzeć.

Owoce trzeba pokroić jakimś rodzajem brzeszczotu czy siekiery. Na ciasto kruche wykładamy serek mascarpone i rozsypujemy owoce. Nie martwcie się, że to wszystko trafi na śmietnik i że freeganie będą wam miałczeć pod oknami, bo naprawdę jest to bardzo smaczny deser, chociaż nie posiada ani odrobiny czekolady, bitej śmietany ani alkoholu. Całość po prostu zapiekamy w piekarniku jak karkówkę albo schab.

Jak widać czasem kulinarne ekstrema nie prowadzą w linii prostej do chlustających wymiotów i spazmatycznego tarzania się po podłodze z toczącą się z ust pianą. Czasem kulinarne ekstrema mogą prowadzić do czegoś dobrego - nawet jeśli ma to "owoce" w nazwie.

Smacznego!

25 czerwca 2012

, , ,

Cheeseburger - zdrowy, pożywny posiłek, który zbudował Amerykę

Cheeseburger
Mówi się, że to nie Imperium Rzymskie a płatki kukurydziane podbiły cały świat. Gdyby użyć tej samej metafory, można by rzec, że to nie Amerykanie a burgery wyplewiły hindusów z USA, zbudowały demokrację i wielką gospodarkę, wielkie samochody z ośmio, dziesięciolitrowymi silnikami, które jadą 90 mil na godzinę spalając 30-40 litrów ropy. To burgery pokonały terrorystów w Iraku i innych krajach Azji. To w końcu dzięki burgerom każdy Amerykanin jest wolnym człowiekiem, może wyznawać dowolne poglądy i mieć dowolny kolor skóry, a przede wszystkim trzymać w domu amerykańską broń automatyczną jak Colt M4 kaliber 5,56 mm... co też ja mówię .223 cala (nawiasem mówiąc to również dzięki burgerom Amerykanie mają cale a nie jakieś dziwne minimetry, w których nic się nie da policzyć!).

Burgery napędzają gospodarkę. Burger to zmielona krowa, których stada liczące miliony pozwalają wyżyć teksańskim farmerom. Dobry biznes sprawia, że farmerzy karczują lasy w Ameryce Południowej żeby krowy miały pastwiska, a lokalni ubodzy ludzie mogą zarobić pieniądze wycinając las.

Gdyby bizony nie wymarły jak dinozaury, na pewno robiono by z nich burgery, bo istotą burgera jest przecież jego nieprzeciętna jakość. Jest to zdrowy, pożywny, bogaty posiłek, który pozwala amerykańskiemu marine biegać po afgańskich górach z ważącym 30 funtów karabinem wielkokalibrowym Barret M82, który jednym nabojem potrafi oderwać głowę terrorysty z dystansu 6000 stóp - czy polski żołnierz wykarmiony grochówą potrafiłby coś takiego ?

O pięknie burgerów świadczy też ich prostota. Taki cheeseburger na przykład to bułka, burger, plaster sera i ketchup. Wszystkie te składniki można kupić w każdym sklepie za grosze. Przekrawamy bułkę, wkładamy burgera i ser, a całość grzejemy w mikrofalówce. Po podgrzaniu rozklejamy, dodajemy keczupu i mamy maomazję, pełnowartościowy posiłek, który zapewni nam energię na cały dzień ciężkiej pracy na farmie lub w fabryce wielkich jak pociąg półciężarówek, którymi farmerzy jadą do sklepu po tytoń do żucia, mleko i amunicję. Na burgery stać każdego, dlatego w Ameryce nie ma biedy i niedożywionych murzyniątek.

Cheeseburger - co potwierdziły ostanie badania - nie posiada ani grama tłuszczu. Może go zjeść zarówno ciężko pracujący farmer z Teksasu, marine biegający z barretem w górach Afganistanu, gwiazda porno z Hollywood oraz żydowski prawnik z Manhattanu i nie pójdzie im to ani trochę w dupę. Owszem, zdarzają się amerykanie, którzy cierpią na otyłość, odżywiają się burgerami, ale ostatnie badania nie stwierdziły żadnej korelacji pomiędzy ich otyłością a burgerami.

Najwspanialsze w burgerach jest to, że żywi się nimi każdy Amerykanin i jest to jego własny, prywatny wybór (podobnie jak to, że meksykanie żyją sobie za murem na południu wcinając burrito). To właśnie całe piękno demokracji, które Amerykanie zawdzięczają ojcom założycielom.

Mogą spokojnie usiąść po powrocie z pastwiska na swoim bujanym fotelu, odłożyć swój myśliwski M16 z celownikiem kolimatorowym ACOG i noktowizorem, służący do obrony posesji przed kojotami, otworzyć piwo w takiej małej puszeczce i zjeść kilka chceeseburgerów. I jeżeli będzie chciał, może sobie nawet umrzeć na raka odbytu, co i tak będzie lepsze niż terroryzm i dyktatury panujące w krajach azji czy tam afryki. Amen!

PS: Weźmy takiego Charliego Sheena - gdyby nie jadł burgerów, pewnie dawno by się przekręcił. Wciąga więcej koki niż Chevrolet Camaro ropy! DEMOKRACJA!


24 czerwca 2012

,

Pszeniczny Paulaner Hefe-Weissbier Naturtrüb

Zawsze było tak, że gardziłem piwem pszenicznym jako - w oczywisty sposób - gorszym, przeznaczonym dla ćwoków niepotrafiących odróżnić piwa od kocich szczyn i otyłych bawarczyków. Myliłem się. Mea culpa! Nie będę ręczył za każde piwo pszeniczne, ale Paulaner Hefe-Weissbier Naturtrüb to naprawdę dobre piwo. Jest mętne, niefiltrowane, dzięki czemu bogate w mikroelementy i witaminy. Nie jest tak, że przegrałem jakiś zakład i teraz muszę to napisać. Naprawdę jest to niezłe piwo, które można wypić z przyjemnością patrząc, jak Włosi skopią dupska Anglikom. 

A skoro jesteśmy przy tematyce futbolu - nie wiem czy wszyscy tak mają, ale u mnie wyjście do toalety w trakcie meczu kończy się bezpardonową utratą miejsca:




22 czerwca 2012

Wścieklizna Umarłych

Wścieklizna Umarłych
Kolejny wpis niezwiązany z gotowaniem. Wiem, że nienawidzicie mnie za to, ale blogger musi zachować swą niezależność i nie oglądać się na trendy i wskaźniki rynkowe. Postaram się, aby następny wpis dotyczył żarcia w najczystszej postaci, a tymczasem chciałem tylko zakomunikować grupce nielicznych entuzjastów, że od dziś mogą czytać moje wybitne teksty także na blogu Wścieklizna Umarłych, który w głównej mierze porusza jakże interesującą problematykę zombizmu. Jak widać na załączonym obrazku oprawa jest adekwatnie urocza. Zapraszam!

http://wscieklizna-umarlych.blogspot.com


19 czerwca 2012

Top 5 moich przepisów - wybór subiektywny

Tam po prawej gdzieś są najpopularniejsze przepisy. Z niepokojem obserwuję zastój z ciastem francuskim i tagliatelle z łososiem na czele...   nie wiem czy skrypt się zepsuł czy może te przepisy są lubiane przez wyszukiwarkę, ale postanowiłem ułożyć swoje własne Top10, czyli moje subiektywne podsumowanie mojej dotychczasowej kariery blogera kulinarnego.

Kolejność przypadkowa, albo chronologiczna:

Sajgonki wersja wegetariańska

Sajgonki wersja wegetariańska
Sajgonki wersja wegetariańska
http://facetwquchni.blogspot.com/2011/03/sajgonki-wersja-wegetarianska.html

Bardzo dobre żarło i wdzięczny temat do zdjęć. Sajgonki są dość pracochłonne, ale zrobienie ich sprawia dużo satysfakcji. Jeżeli chcecie, aby Wasi zaproszeni na kolację goście byli pod dużym wrażeniem kupcie w lidlu mrożone sajgonki. Dużo mniej pracy, a też ujdą.



Kurze serca

Kurze serca
Kurze serca
http://facetwquchni.blogspot.com/2011/03/kurze-serca.html

To jedna z ulubionych potraw mojego dzieciństwa. Gulasz z kurzych serc i tłuczone ziemniaczki. Przy okazji można przyprawić o mdłości znajomych o słabych nerwach. Weźcie kiedyś kurze serca w ramach lunchu do pracy. Kurze serca dobre na każdą okazję. Gotujcie kurze serca!



Burrito

Burrito
Burrito
http://facetwquchni.blogspot.com/2011/04/senora-podaj-mi-burrito-bede-gra-la.html

Uwielbiam meksykańskie żarcie. Znam obydwie meksykańskie knajpy we Wrocławiu. Ostatnio dopracowałem robienie meksykańskiego żarcia do perfekcji - zimna tortilla z lidla, pomidor, kurczak usmażony w przyprawach, papryka, kukurydza, fasola, keczup i sos czosnkowy. Domyślam się, że to ma niewiele wspólnego z kuchnią meksykańską. A może właśnie ma?


Ścieranka

Ścieranka
Ścieranka
http://facetwquchni.blogspot.com/2011/08/scieranka-zupa-mleczna-inaczej.html

Niektóre dania są niepokojące. W przedszkolu nienawidziłem zup mlecznych. Mam traumę i odczuwam lęk patrząc w białą otchłań ścieranki. Słony, mleczny smak kojarzy mi się z czymś dziwnym i niepokojącym. Jednocześnie jest w tym jakiś tajemniczy magnetyzm.



Krewetki tygrysie

krewetki tygrysie
krewetki tygrysie
 http://facetwquchni.blogspot.com/2012/03/krewetki-tygrysie-na-mode-orientalna.html

Są naprawdę dobre. W przeciwieństwie do tych małych wypierdków, które podobno nawet nie są krewetkami. Krewetki tygrysie na ostro-kwaśno to jest coś.

16 czerwca 2012

,

Karkówka z grilla

Karkówka z grilla
Karkówka z grilla jest jak pornosy. Mężczyźni wpisują w google "karkówka z grilla" i czytają przepisy i oglądają zdjęcia śliniąc się obleśnie. Czytają o tym jak się marynuje przez długie godziny mięso w zalewie z przyprawami, czosnkiem i ziołami obracając co kilka godzin mięso. Nawet dzień, nawet dwa dni przed przyrządzeniem. Mięso gęsto oblepione jest całym tym dobrem.

I w końcu po tych dwóch, trzech dniach marynowania rozpala się grill. Buduje się misterną piramidkę z brykietów wkładając tu i ówdzie podpałkę, która lada chwila ma zapłonąć. I przepala się ten brykiet zmieniając w żarzące się kulki, które rozkładamy równomiernie na całej powierzchni tak, aby karkówka piekła się idealnie tak samo na każdym centymetrze kwadratowym.


Skrapiamy karkówkę marynatą, która ścieka po mięsie, po gorących prętach grilla i kapie z sykiem na żar powodując nagłe, lecz chwilowe podniesienie temperatury oraz erupcję aromatycznego dymu, który osnuwa mięso i wędzi je wzmacniając efekt zapachowy. 

Mięso piecze się powoli, bardzo powoli. Półtorej lub nawet dwie godziny. Bardzo powoli białko ścina się najpierw od zewnątrz, później w środku. Mięso rumieni się, mięknie, ale nie traci wilgoci - o nie - nadal jest soczyste, pomimo tworzące się delikatnej skorupki nieco bardziej przysmażonego mięsa. Przyprawy smażą się na nim uwalniając zapach i smak. 

W końcu nadchodzi kulminacja - próbujemy czy już jest dobre. Najpierw nieśmiałe próby, z chlebkiem, jeszcze mogłoby trochę dojść, ale już rwiemy kolejny kawał, już bez chleba. Bez tacki. Nadziewamy na widelec i szarpiemy zębami. Bez musztardy i bez keczupu. Mięso jest miękkie i soczyste a jednocześnie wyraźnie przypieczone. Jest tłuste i słone. Czuć zioła, czosnek, paprykę i inne przyprawy, których nie rozróżniamy, bo ich stosowanie na co dzień kojarzy nam się z tarotem i numerologią. Wlewamy w gardło zimne piwo, którego temperatura sprawia, że bo szklanej butelce spływają kropelki wody. 

Właśnie tak Polacy spędzają taki dzień jak 16 czerwca. Właśnie pogryzając karkówkę z grilla, popijając zimnym piwem i rzucając toporkiem w przybitą do desek flagę czeską. To nic osobistego - lubimy Czechów, chociaż zatrzymują nas na swoich gładkich autostradach i szukają do czego by się tu przyczepić polaczkowi. Choć ich język nie brzmi jak prawdziwa mowa tylko język wymyślony przez dzieci. Ale dzisiejszy mecz może się skończyć tylko jednym wynikiem. 

PEPIKI MUSZĄ WRÓCIĆ DO DOMU Z PŁACZEM!


10 czerwca 2012

, , ,

Zielone szparagi zapiekane

zielone szparagi zapiekane
Wikipedia niewiele mówi na temat tych owianych tajemnicą roślin. Prawdopodobnie dlatego, że w ogóle mało kto wie cokolwiek na ich temat. To chyba niemiecka roślina związana jakoś z ich folklorem (coś jak tęcza i garniec złota u Irlandczyków). Wiemy tylko, że szparagi dzielą się na białe i zielone, oraz że gdy nastaje w Bawarii sezon na szparagi, Bawarczycy rzucają wszystko inne, zbierają szparagi i objadają się nimi jak wołki zbożowe (albo zombie). Szparagi uznawane są także za rarytas.

Jakiś czas temu próbowaliśmy skonsumować białe szparagi. Oczywiście kto by tam czytał przepisy? Ugotowaliśmy je w wodzie i polaliśmy oliwą. Tak da się spożyć 99% rzeczy. Dowiedzieliśmy się wówczas, że istnieją także zielone szparagi (te Bawarczycy cenią najbardziej) i że wbrew logice nie są one niedojrzałe i twarde a wręcz na odwrót. Są bardziej miękkie przez co wymagają krótszej obróbki termicznej. Nie trzeba ich także obierać. Obieranie szparagów to masakra. To zupełnie jakby się chciało obrać makaron albo dżdżownicę.

Do przyrządzenia zielonych zapiekanych szparagów potrzebujemy:
  • zielonych szparagów
  • oliwy z oliwek
  • soli
  • czosnku

W żaroodpornym naczyniu rozścielamy taką srebrną folię, w którą odziani latają kosmiczni komandosi w filmach SF z lat 60-tych. Taka folia ma wiele różnorakich zastosowań od pokrycia wahadłowców NASA do zapiekania szparagów. Szparagi trzeba opłukać z plugastwa i - jeżeli mają twarde - odrąbać nóżki. Można też zostawić to twarde i potem delektować się mówiąc "och, jakie chrupiące". Tak robią Bawarczycy.

Szparagi układamy pokotem na folii jeden obok drugiego (jak ubitą dziczyznę) i polewamy oliwą z oliwek. Nie żałować sobie, to się zwróci. Posypujemy też obficie solą i - tutaj są dwie opcje - albo wyciskamy na to czosnek, albo kroimy żyletką jak w chłopakach z ferajny. Ja osobiście preferuję cokolwiek, bo nie wierzę w te kuchenne zabobony, że sposób robienia czegokolwiek w jakiś konkretny sposób w jakikolwiek sposób wpływa na smak. To jest tarot, new age i astrologia!

Generalnie pieczemy to później w piekarniku przez jakiś czas. Najlepiej kontrolować to co jakiś czas wyjmując jedną pałkę szparagu i zagryzając. W pewnym momencie staną się jakby bardziej sflaczałe i strawne. To będzie moment, kiedy można uznać szparagi za gotowe i zdatne do spożycia przez gatunek ludzki. Nie wiem jak to dokładnie robią Bawarczycy, ale zakładam że w sposób identyczny (choć przeczy to zdrowemu rozsądkowi, są pewne przesłanki ku temu, by zakładać, że Bawarczycy są podobni do nas).  Podejrzewam także, że do szparagów podają piwo jasne. Jak się je dobrze przesoli, to takie piwo będzie jak znalazł.





7 czerwca 2012

T-shirty kulinarne

T-shirty kulinarne
Dziś casual. Dużo osób pyta mnie o t-shirty. Pytają skąd biorę, czy sam robię i tak dalej. Odpowiadam i odpowiem także tutaj: t-shirty głównie zamawiam w freshthing.pl

Osobna kwestia to taka, że marzy mi się taki t-shirt facet w quchni. Co Wy na to? Kto by kupił? Kto by nosił? Pomysł dobry czy zły? A może jeszcze jakieś inne sugestie? (kubki, czapeczki, długopisy?).

A teraz clue - poszukuję firmy/wykonawcy, który podejmie się:
a) zaprojektowania (to opcja, bo ja też mogę zaprojektować)
b) produkotwania
c) sprzedawania i zarabiania na t-shirtach z brandem "Facet w quchni".

W czym tkwi deal? Nie chcę od tego ani złamanego grosza. Wystarczy mi sam fakt, że ktoś będzie nosił taki t-shirt chwaląc tym samym słowo moje na lewo i prawo, budząc zachwyt fikuśnymi wzorami przedstawiającymi produkcję żywności okraszonymi jakimś dowcipnym komentarzem.

Udostępnię swój brand za free,  będę go promował osobiście a także za pośrednictwem zakładki "gadżety" na blogu. Gdyby ktoś kiedyś był zainteresowany proszę o kontakt na maila bartek (at) shopout.pl

Kto pierwszy ten lepszy.


PS: Aha... bardzo rzadko sprawdzam tego maila, więc gdyby przypadkiem ktoś był zainteresowany proszę także o info w komentarzu :)  (wystarczy "odbierz maila").

5 czerwca 2012

Fotografia kulinarna - wstęp

Fotografia kulinarna
Zapewne poznaliście mnie już jako osobę upraszczającą, generalizującą i kierującą się wyłącznie własnymi, subiektywnymi opiniami. W moim pobieżnym i niepopartym żadnymi źródłami poradniku o fotografii kulinarnej nie znajdziecie więc dokładnych parametrów, ustawień, schematów i liczb. Według mnie w fotografii kulinarnej chodzi tylko o jedno - o ślinotok.

Fotografią kulinarną zająłem się w momencie, gdy zacząłem prowadzić ten blog (nieco ponad rok temu). Wcześniej robiłem trochę zdjęć produktowych, a w gruncie rzeczy zdjęcia jedzenia i zdjęcia produktów to to samo. Wpada to do wora z napisem "fotografia komercyjna", czyli z założenia nie znajdziemy tam romantycznych landszaftów, artystycznych zdjęć, na których nie wiadomo o co chodzi i gołych dup.

Nigdy nie przywiązywałem zbyt dużej uwagi do całej otoczki polegającej na dopieszczeniu, przestawianiu lamp, psikaniu wodą ze spryskiwacza, symulowania pary dymem papierosowym i innych tego typu spraw z prostej przyczyny, którą za chwilę wyjaśnię. Zdjęcia kulinarne dzielą się na dwie grupy - zdjęcia potraw, które zamierzamy zjeść i zdjęcia potraw, których nie zamierzamy zjeść. Ja zwykle robię te pierwsze, w związku z czym zdjęcia robię szybko, na łapu-capu, najchętniej w oświetleniu zastanym, naturalnym itp.

ABC, czyli czego potrzebujemy

Aparat

Podstawową sprawą jest aparat fotograficzny - bez niego ani rusz. Zapytacie - jaki? Odpowiedź brzmi - jaki bądź. Aparat jest tak dobry jak człowiek, który za nim stoi. Możliwe jest zarówno zrobienie dobrego zdjęcia kompaktem jak i koszmarnej foto-grafomanii Canonem 1D. Dzisiejsze aparaty z reguły potrafią wykonać dobre zdjęcie. Ja zaczynając pisać ten blog korzystałem z lustrzanki cyfrowej Olympus E-420 z kitowym obiektywem Zuiko Digital 14-42 mm, który akurat jest dość dobrym obiektywem. Od września zdjęcia na blogu robię Canonem 550d również z kitowym obiektywem tego samego typu 18-55 mm, ale klatka jest większa więc na to samo wychodzi. Obiektyw kitowy Canona nie jest najwyższych lotów, ale nie chce mi się odkładać na lepszy obiektyw. A lepszy obiektyw do fotografii kulinarnej to 50-200 z opcją macro. Do Canona pewnie Sigma lub Tamron. Nikona nie uznaję :) (choć de facto pierwsze szlify robiłem na kompakcie nikona).


Światło

Światło jest ważniejsze niż aparat, ale celowo dałem jako drugie z prostej przyczyny - nie mając aparatu nie zrobimy zdjęcia. Bez światła zdjęcie zrobimy, ale będzie ciemne. Światło to istota fotografii gdyż to, co widzimy na zdjęciu to światło właśnie. Światło odbija się od wszystkich przedmiotów. Co więcej odbija się w różny sposób, co sprawia że widzimy je w różnych barwach. Chcąc robić zdjęcia jakiekolwiek musimy myśleć o świetle.

Do zdjęć kulinarnych zaleca się światło naturalne tzn. dzienne. Nie wiadomo na ile to czary-mary, na ile tarot i new age a na ile są jakieś faktycznie sensowne argumenty. Jedno jest pewne - jeżeli robimy zdjęcia potraw, które zamierzamy zjeść, światło dzienne działa szybciej niż lampy, statywy, parasolki i blendy. Te wszystkie rzeczy przydają się wtedy, gdy chcemy stworzyć hermetyczny mikro-klimat, w którym mamy kontrolę nad każdym fotonem. Krótko mówiąc - gdy cierpimy na zespół Aspergera. Normalny "foodie" może śmiało cykać przy oknie, chyba że...

No właśnie - chyba że żyjemy w Polsce gdzie jest szaro i ciemno. Widzicie teraz dlaczego mam najwięcej przepisów na obiad ;) Rano bywa zbyt ciemno, wieczorem także. Choć prawda jest taka, że najlepsze oświetlenie dają nam tzw. "złote godziny" czyli gdy słońce jest jeszcze dość nisko i gdy słońce jest już dość nisko. Światło świeci wówczas z boku, ma ciepłą barwę w okolicach 2000-2500 kelwinów i jest miękkie tzn. cienie nie są ostre. Ostatecznie jesteśmy na tyle nisko, że jesteśmy w cieniu a nieb/strop/ściany działają jak wielkie blendy odbijające i rozpraszające światło.

Oczywiście nikt nie je o świcie. Prędzej o zmierzchu.


Gadżety

Jeżeli już koniecznie odczuwamy potrzebę posiadania "zabawek", do tych przydatnych należą:
  • lampy światła stałego lub błyskowe
  • statywy
  • parasolki (tańsze) lub softboxy (lepsze)
  • blendy
  • płyta plexi
  • obrusy
  • deski
  • stare naczynia
  • naczynia designerskie
  • sztućce
  • i co tam jeszcze fantazja podpowie
Sprzęty fotografa kulinarnego dzielą się na dwie grupy: fotograficzne oraz stylizacyjne. Fotograficzne to te wszystkie badziewia, które można kupić na allegro, a stylizacyjne to te, które można kupić w sklepach z porcelaną i na giełdach staroci. Badziew pomaga nam w tworzeniu aranżacji w modelu "asperger-photo".


Tyle tytułem wstępu. W kolejnym odcinku przejdę do rzeczy bardziej praktycznych.


26 maja 2012

Proste ciastka z ciasta francuskiego (a raczej zakręcone)

 
Spośród rozlicznych zalet ciasta francuskiego wyróżniłbym to, że można je kupić w gotowej formie, a także to, że piecze się je jakieś 20 minut. No i to, że można je zrobić z dowolnym nadzieniem. Te trzy cechy sprawiają, że sięgam po nie chętnie w rozmaitych sytuacjach np. wizyta cioci czy komornika. Przygotowanie poniższych ciastek zajmuje 25 minut z czego 20 to pieczenie. 

Potrzebujemy trzech rzeczy - ciasta francuskiego, dżemu i piekarnika. Ciasto francuskie rozkładamy na blasze, smarujemy dżemem (bardzo cienką warstwą, inaczej wycieknie i przypali się), luźno zwijamy (żeby mogło swobodnie rosnąć) i tniemy jak sushi. Następnie pieczemy.


Ponieważ przepis jest tak banalny i zostało mi tyle wolnego miejsca podzielę się jeszcze sensacją. Znalazłem taką oto szokującą książkę - kuchnia polska napisana przez Polonię Kanadyjską :) Grzanki z szprotką mnie rozwaliły!