15 listopada 2014

, , , , ,

Tajska zupa kokosowo-dyniowa


Ta zupa chodziła za mną jak zboczeniec po ciemnym zaułku od czasu, gdy przeczytałem wpis na jej temat na najlepszym blogu kulinarnym (niestety chyba nieaktywnym) tj. gotuj z cthulhu. Jak łatwo sprawdzić, zupa ta łaziła za mną od dwóch lat. 

Co do takiej zupy potrzeba?
  • dynię
  • puszkę mleka kokosowego
  • bulion
  • imbir w proszku
  • curry
  • sól
  • ostra papryka
  • czosnek
  • pieprz cayenne
  • limonki

To mój wariant. Gotuj z Cthulhu podaje nieco inny przepis, aczkolwiek wiadomo jak to jest. Prawdziwi mężczyźni nie pytają o drogę i nie korzystają z przepisów. Jak ktoś potrzebuje bardziej precyzyjnej informacji, niech sobie poszuka na jakimś prawdziwym blogu kulinarnym :)

Dynię przerąbujemy na pół. I teraz jest taki patent, że kładziemy do piekarnika (jak na zdjęciu powyżej) i pieczemy. Dynia upieczona jest mięciutka i wyskrobuje się ją łyżeczką jak prostatę. Moja żona parę lat temu złamała nóż na dyni i teraz ma uraz, więc piecze.


Gotuj z Cthulu pisał o kostce rosołowej. Też chciałem jej użyć, ale okazało się, że nasza rodzina nie używa kostek rosołowych. Więc zrobiłem naprędce bulion warzywny z odrobiną oliwy. Później okazało się też, że nie ma połowy składników, więc poszedłem do sklepu.

Dynię wraz z mlekiem kokosowym potraktowałem blenderem. Powstała cudownie aksamitna masa o dość przyjemnym smaku. Trzeba wam wiedzieć, że dynia jest bardzo zdrowa. Zawiera dużo czegoś tam i w ogóle.

Cudownie aksamitną masę wlewamy do bulionu, a następnie doprawiamy curry, imbirem, solą i tak naprawdę wszystkim, na co wam pozwoli wasza ułańska, polska fantazja. No i wyciskamy czosnek i sok z limonek. Ja też wkroiłem jedną z tych wściekłych papryczek, które tak nienawidzą całego świata.

I wyszło to:


Problem z takimi pionierskimi przepisami jest taki, że nie wiadomo do końca, co właściwie powinno z tego wyjść.

U mnie wyszła zupa o wyraźnie ostro-kwaśnym, świeżym smaku z nutą dyni i kokosa. Byłem trochę zaskoczony, bo myślałem, że wyjdzie jakaś ohydna breja i znów będę musiał skłamać, że mi smakowało :) Ale nie. Naprawdę dobra zupa na chłodne, wietrzne dni. Zarówno dynia jak i papryka mają te tam różne, co sprawią, że żaden bakcyl się do was nie przyssie.

1 października 2014

Facet w quchni napisał książkę fantasy

Nadszedł oto ten dzień, gdy moje wysiłki z ostatnich kilku miesięcy zostały sfinalizowane pod postacią e-booka o dźwięcznym tytule "Era Mroku". Nie jest to historia łatwa i przyjemna. Zmrozi ona w żyłach krew każdemu, komu sznury jelit ciągnące się po piasku pustyni są obrzydliwe, lub kto...  no już nie wdawajmy się w szczegóły.

Zwykłem mówić, że jest to ordynarne, toporne fantasy. Nie ma w nim elfów, eliksirów ani magicznych różdżek. Są topory, miecze, kusze, krew, dekapitacje, przemyt alkoholu i inne męskie sprawy.

Kupujecie na własną odpowiedzialność.


8 września 2014

, , , , ,

Chili Con Carne


Najlepsza kuchnia na świecie, to oczywiście kuchnia polska. A potem? Potem naturalnie TEX-MEX. A nie można mówić o TEX-MEX, jeżeli pominie się temat tak istotny jak Chili Con Carne. Często popełnia się błąd mówiąc, że to danie meksykańskie, ale to TEX-MEX, czyli kuchnia teksańska z mocnymi wpływami meksykańskimi. Mylić może fakt, że nazwa jest hiszpańska - chili con carne to po prostu chili z mięsem.

Co będziemy potrzebowali?
  • Mięso mielone (najlepiej wołowe)
  • chili (papryczki lub w postaci pieprzu cayenne)
  • cebulę
  • czosnek
  • paprykę
  • kukurydzę
  • fasolę
  • pomidory
  • kumin (kmin rzymski)
  • sól, pieprz, 
  • oregano, 
  • oliwę z oliwek

Faktem jest, że ilu kucharzy, tyle przepisów na chili con carne. I wiem, że ludzie bardzo osobiście podchodzą do tej kwestii rzucając zdania w stylu "ale ohydne chili con carne podają w tej restauracji", i tak dalej.

Osobiście uważam, że to dość duża przesada. Chili con carne może być niedobre, jeżeli jest zrobione z nieświeżych składników. Sadzę, że brak bulionu czy jakiegoś innego składniku, wcale nie oznacza końca świata.

Istotnym elementem kultury TEX-MEX jest to, że kucharz akurat może mieć zły dzień, bo ktoś mu porysował pick`upa, albo zepsuł swój ulubiony karabin automatyczny M4, z którego polował na dzikie świnie, no i zapomniał dodać kostki rosołowej. Takie historie się zdarzają i należy mieć to na uwadze.

Przyrządza się prosto - wrzuca się składniki po kolei, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. 

Chili con carne można podawać z ryżem lub tortillą (wówczas powstaje coś na kształt burrito). Należy też trochę wyluzować na Miłość Boską.



6 września 2014

,

Senojo Vilnaus


Jeżeli mam być szczery, to czuję pewien pociąg do Litwy. I nie wiem sam dlaczego. Litwini mają całkowicie absurdalny język. Ale mają i kwas chlebowy. I chleb litewski. Nie kojarzę akurat teraz jak on smakuje, ale sama nazwa "chleb litewski" powoduje ślinotok. Mają też na pewno mnóstwo innych dobrych rzeczy np. tego gościa, który sam wymierzył sprawiedliwość pedofilom. Ostatecznie zapił się na śmierć, ale Litwini uważają go za bohatera narodowego. I słusznie. Wiem jednak, że są też i jakieś niesnaski między naszymi narodami. Choć dawniej, w przeszłości, razem dokopaliśmy Krzyżakom.

Senojo Vilanus wziąłem z półki nieco na oślep. Naprawdę w tych sklepach jest już taki wybór, że człowiek wpada w stupor i nie jest w stanie się ruszyć. Nim moja świadomość zapadła się totalnie, wziąłem z półki pierwsze, lepsze piwo, którego etykieta wyglądała egzotycznie. I trafiło właśnie na Litwę.

No dobra. Zważyłem, że było ciemne, a to zawsze mam za plus, bom znudzon eurolagerami, a najłatwiej utrafić w coś innego biorąc ciemne właśnie.

I jak myślicie? Co się stało?

Ano piwo to jest ciemne i ma przyprawy. Goździki i takie tam. Smakuje jak grzaniec na zimno. Co osobiście odbieram jako...   dobre. Tak, pozytywnie. Wystarczy czasem otworzyć się na nowe, by dokonać ciekawego odkrycia.

Senojo Vilanus nie jest piwem, które zabrałbym na bezludną wyspę. Ale jest piwem, które pokazuje, że piwa, których nie zabrałbym na bezludną wyspę, mogą także być intrygujące.

Załóżmy oto bowiem, że mamy sobotnie popołudnie. Sobotnie, wrześniowe popołudnie. Na zewnątrz ostatnie podrygi lata, w łazience totalny rozgardiasz...  wiertarka leży samopas, kot leniwie byczy się na drapaku, z głośników sączy się .357 String Band...     czy w tej sytuacji można wyobrazić sobie coś innego niż Senojo Vilanus? Domyślam się, że trzeba mieć cholernie dobrą wyobraźnię, żeby w ogóle skumać, o co mi chodzi. 

Po prostu chcę napisać, że to piwo jest dobre, jak powiew jesiennego powietrza podczas spaceru w parku.


20 lipca 2014

, ,

Argus Łowczy - Chmielowy Kwartet


Niedzielny wieczór. Żona i dzieci wyekspediowani na wieś. W tle leci soundtrack z Gry o Tron. Pracuję nad Argusem Łowczym, Chmielowy Kwartet, edycja limitowana. Ostatnio pisałem o Słodowym Tercecie, z tej samej serii. Zagadek w tym piwie jest kilka: co to znaczy edycja limitowana, kto wyprodukował to piwo i o co chodzi z tym wilkiem?

Teraz przyszło mi do głowy, że to może być jednak wilkor, który jak wiadomo znajduje się na herbie rodu Starków. Starkowie to ludzie północy, którzy w zasadzie są ostatnimi przed wielkim murem chroniącym Westeros przed tym, co za murem.

Napitek ten wyróżnia się dwoma parametrami: 9 i 16,3. 9% alkoholu i 16,3% ekstraktu brzeczki piwnej. Co oznacza, że jest to ciężkie, mocne i aromatyczne piwo. Takie fest. W jego smaku dominuje słodycz, co wynika zapewne z olbrzymiej mocy. Z jednej strony kusi mnie, żeby powiedzieć, że to jest dokładnie odwrotność tego, co lubię. Z drugiej zaś widzę te kufle na nóżce, tak inne od zgodnych z naszą tradycją. Wiecie, co mam na myśli. Belgia.

To jeden z tych dwóch krajów, których nie da się od siebie odróżnić. Otóż dla jasności - to Duńczycy zabijają żyrafy. Belgowie mają frytki, czekoladki, piwo, malarzy flamandzkich oraz światowe centrum handlu diamentami. Więc oni są tymi dobrymi.


Skłonny jestem powiedzieć, że to piwo namieszało trochę w świecie piwnym. Oto bowiem sieć sklepów wzięła swoją markę z niskiej półki (ciągle można kupić Argusa w puszce za mniej niż 2 zł) i stworzyła piwo, które staje się obiektem zainteresowania ludzi, którzy interesują się piwem.

To zdanie, rodem z Pratchetta, oznacza, że zainteresowali się nim właściwi ludzie. Czyli tacy, którzy nigdy nie kupili Argusa w puszce za mniej niż 2 zł. Ich opinie są podzielone, ale z przewagą pozytywnych. I jest to moim zdaniem bardzo duży sukces, bo z większą uwagą śledzić oni będą to, co dzieje się na tym skrawku rynku. I to jest demonicznie, demonicznie dobre! Jaki by ten Argus nie był.

A jaki jest? (czyli test bezludnej wyspy)

Nie wziąłbym go na bezludną wyspę z jednego powodu - jest za mocny. Gdy go piję, czuję się, jakbym miał zgagę. I uruchamia mi się wielka lodówka. Ostatnio szerzy się teza, że tzw. "brzuch piwny" nie jest spowodowany piwem, ale tym, że piwo pobudza wydzielanie kwasów trawiennych. I człowiek nabiera apetytu. Stąd bardzo popularne przekąski do piwa. Oraz grill i karkówka. Gdybym na bezludnej wyspie miał wiele skrzynek Argusa Łowczego (obojętnie którego), byłbym ciągle głodny.

Wrażenia estetyczne to jedno, ale praktyczność to drugie. Mając w perspektywie dietę złożoną jedynie z owoców i ryb (ale bez soli), nie chciałbym walczyć z nieustającym, wilkorowym głodem (chyba o to chodzi z tym wilkorem). Wolałbym chyba jednak piwo modelowe. Bardziej tradycyjne. Bardziej pozbawione fantazji. Tutaj zadecydowały by względy praktyczne.

Łowczy wymaga bardzo dużo mięsa. Bardzo, bardzo dużo karkówki z grilla i dzika upieczonego naruszcie. To mile zaskakujące piwo. W dodatku, jeżeli spojrzeć pod światło, jest mętne. A to sprawia, że większość fanów piwa ma kisiel w gaciach. Dla mnie świetna jest jedna butelka. Lub dwie. Chyba, że zamierzam oglądać "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", wówczas dopuszczam opcję z trzema, czy nawet czterema. Ale w teście bezludnej wyspy - odpada.



18 lipca 2014

, ,

Argus Łowczy Słodowy Tercet


Z Argusem problem jest taki, że ma negatywne konotacje. Niegdyś był to najtańszy, lidlowy napitek, sprzedawany chyba wyłącznie w puszce. Później ktoś mądry stwierdził "dajmy im aspiracje!" (niczym Moist Von Lipwig w "Para w ruch" Pratchetta) i zaczęło się. Pojawił się Argus miodowy, Argus niepasteryzowany i Argus aromatyzowany Tequillą. Mając własny brand, nic już nie jest w stanie ich powstrzymać. I oto mamy prawdziwe piwo kolekcjonerskie - Argus Łowczy w edycji limitowanej

Nie mam pojęcia, co oznacza, że jest limitowana. Zgaduję jednak, że chodzi o to, że wkrótce przestaną go produkować. Choć zapewne jeżeli sprzedaż będzie zadowalająca, zmienią etykietę i wypuszczą kolejną edycję limitowaną. Nie kupuję tego. 

Ponieważ jestem laikiem, zasięgnąłem do recenzji Piwnego Brodacza. I co? I nic. Jestem laikiem, więc nic z tego nie skumałem poza tym, że wilk ma się nijak do Belgii. Bo podobno piwo to ma imitować "styl belgijski", cokolwiek to jest. Brzmi apetycznie, chociaż - czy to nie Belgowie są tymi krwiożerczymi barbarzyńcami, którzy biegają po ZOO i strzelają do, co rzadszych zwierząt? 

Nie. Sprawdziłem, to te lutry Duńczycy! Zwierzęta nie ludzie. Więc Belgowie to kolesie od frytek, czekolady, piwa i Brugii. Warto zatem zaopatrzyć się w trzy... nie, cztery butelki Łowczego tercetu i obejrzeć film pt. "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj". Film opowiada o dwóch angielskich gangsterach, którzy muszą ukryć się w Brugii, by uniknąć konsekwencji za piwo, które nawarzyli...   Jak się domyślacie, w filmie piją piwo. 

Ale przejdźmy do samego Łowczego. Też nie kumam, o co chodzi z tym łowczym. Już się wczułem w klimaty malarstwa flamandzkiego i myślałem, że fajnie byłoby obejrzeć film McDonagha, ale nie daje mi spokoju ten Łowczy. O co, do diabła chodzi z tym łowczym? Zgaduję, że spece od marketingu pomyśleli, że łowiectwo skojarzy się z dzikiem z ogniska i piwem nabieranym kuflem bezpośrednio z wielkiej beczki, utoczonej przez grubego, wąsatego faceta. Szczerze powiedziawszy łyknąłem to już wtedy, gdy stałem przed regałem. Ale Brugia przemawia do mnie bardziej. 

No a jaki jest ten Argus Łowczy Słodowy Tercet? Ekstraktu ma 16%, więc chyba dobrze. Alkoholu ma aż 8%. To również dobrze, choć odwołuje się do jego niskich korzeni. Czy to źle, że odwołuje się do korzeni, jakie by nie były? Chyba dobrze. Gdyby nie ta cała historia o Belgach, pewnie napisałbym, że trąci jabolem, ale w piwie historia jest najważniejsza, i jak Boga kocham, w niedzielę obejrzę "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", pijąc tego drugiego łowczego. 

Historia...  tak...     ludzie muszą to w końcu zrozumieć, że historia jest ważna. 


Test bezludnej wyspy...   saaam nie wiem. Troszkę za mocne. Nie zrozumcie mnie źle. To, że jest 8% to dla mnie nie jest problem, ale 5% pozwala wypić nieco więcej piwa, bez przykrych konsekwencji. A gdybym był na bezludnej wyspie, cóż, wolałbym nie narażać się na przykre konsekwencje. 

Zdecydowanie Argus mile mnie zaskoczył, ale... co to w ogóle jest Argus? Kto za tym stoi? Jak słusznie zauważył Brodacz, kompletnie nie mamy pojęcia, kto za tym stoi. KOMPLETNIE!!! 

I nie mamy żadnej gwarancji, że to nie Duńczycy. 

 

W tym piwie jest zbyt wiele niedopowiedzeń, które niepokoją...    producent, edycja limitowana. I ta moc. Mam wrażenie, że ktoś usiłuje wycisnąć ze mnie jakieś informacje. Może Duńczycy chcą wiedzieć, gdzie we Wrocławiu trzymamy żyrafy... 

I o co chodzi z tym wilkiem? 

W niedzielę ciąg dalszy. Wezmę na warsztat Argusa Łowczego Chmielowy Kwartet. Bądźcie tu w niedzielę o 22:00...  



11 lipca 2014

, ,

Abbot Ale - kolejny brytolski browar z Lidla


Muszę powiedzieć, że jak na razie najlepszym, brytyjskim piwem z Lidla był Bishops Finger. Na mojej skali punktem zero jest Carlsberg. Jest to piwny odpowiednik Opla Vectry, czyli - parafrazując Jeremy`ego Clarksona - nie jest zły, ale smakuje jakby banda księgowych usiadła z Excelem i wyliczyła, jakie ma być piwo. A zatem - wszystko, co poniżej Carlsberga uważam za złe. Wszystko, co powyżej - dobre. Każde z testowanych przeze mnie brytyjskich piw było ciekawsze od Carlsberga. Ale Bishops Finger był najciekawszy. 

A co z tym Abbot Ale?

Powiem szczerze, że nie miałem czasu się przygotować. Zabiegany dzień. Trudności z uśpieniem dzieci, potem musiałem jeszcze gdzieś skoczyć i nim się obejrzałem, wybiła 21:00. A trzeba wam wiedzieć, że rodzice dwójki dzieci dysponują naprawdę niewielką ilością czasu. 

Rzuciłem okiem na opinie na ocen-piwo.pl. Ludziom smakuje. Nie czytam jednak tych opinii, by na ich podstawie wysnuć własną. Liczyłem, że uszczknę jakiś smaczek historyczny, czy coś.

Wiecie - jak myślę "angielskie piwo", to od razu do głowy przychodzą mi takie słowa jak "ale" czy "craft". Albo "kran" i "pub". Od razu widzę starodawne, drewniane drzwi z dużą ilością małych szybek, przez które widać ciepłe wnętrze. A gdy się wejdzie do środka, można spojrzeć na zewnątrz. A tam oczywiście szaro i pada. Trochę trudno wczuć się w klimat Anglii, gdy w Polsce chwilowo nie ma nocy polanej, tylko czterotygodniowa pora monsunowa. 

Zdążyłem już na tym przydługim wstępie opróżnić dwie szklanice. I co sądzę? Podoba mi się, że jak otwarłem, to poczułem jego zapach z ponad pół metra. Mocny i zdecydowany. Dla delikatnych nosów może trochę szorstki. Coś jakby odrobina piwa zostawiona w kuflu na parę godzin. Już na tym etapie wszystkie metrokonczity powiedzą "eeee... nie macie Sommersberga?".

Kolor napitku przy mojej sztucznej żarówce wygląda na nieco ciemniejszy niż zwykle. I dobrze. Im piwo ma kolor ciemniejszy lub nietypowy, tym większą niespodziankę nam szykuje. Domyślam się, że coś, co by miało kolor słomkowy, byłoby niewysłowionym sikiem pająka. Ten ciemnawy, herbaciany - jak to ładnie mówią na portalach browarniczych - kolor sprawia, że piwo widzi nam się bardziej ekstraktywne czy też kaloryczne. Jednym słowem, że jest w nim więcej piwa. 

Smak ma dość prosty, jak dla klasy robotniczej, z wzmocnioną nutą goryczy. I to kolejny plus. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby przechowywać w domu zabutelkowanego sika pająka, nieprawdaż? Celowe łagodzenie tego, co w naturze jest szorstkie i nieco brutalne, uwłacza mej godności. Czasem myślę sobie, że producenci piwa, czy czegokolwiek innego chcą mnie ubrać w różową sukienkę i sprowadzić do parteru. Z tym piwem tak nie jest. To piwo w spodniach, które mógłbym zabrać na bezludną wyspę.

Czy ma jakieś minusy? Cóż... jako piwo every day carry jest w pełni akceptowalne, a nawet więcej niż akceptowalne. Nie wstydziłbym się zaproponować kumplowi. Jednak piwo, oprócz swej przyziemnej, codziennej roli, dane zostało nam przez bogów także po to, by porywać duszę i uwalniać fantazję. 

Czy zatem jestem w stanie wyobrazić sobie siebie za sterami wielkiego, korsarskiego żaglowca z kuflem Abbot Ale, wydającego komendy mojej hordzie łupieżców tuż przed abordażem na statek handlowy Hiszpanów? 

W przypadku tego piwa, to pytanie wymaga zastanowienia.



Słabe "chyba tak". W zupełności zgadzam się ze średnią 7,75/10 z ocen-piwo.pl


Jeszcze brew-porn i muzyczny bonusik:



 


4 lipca 2014

, ,

Ruddles County


Nie jestem znawcą piw. Owszem - potrafię stwierdzić, że w Polsce przeżywaliśmy kryzys browarniczy, a w ostatnich latach zaczęło się trochę poprawiać. Ale to powie byle żul spod budki z piwem.

Ruddles County w chwili otwarcia nie budził we mnie pozytywnych uczuć. Aromat, który wypuściłem z butelki, kojarzył mi się z takimi małymi piwami w plastykowych buteleczkach (Jabłonowe Mocne itp.). I pierwsze, co przychodzi mi do głowy po kilku łykach to to, że różnica pomiędzy tym piwem, a każdym innym jest dość subtelna. Trzeba być chyba zawodowym kiperem, żeby wyczuć nutkę toffi i karmelu. Nie wyróżnia się ono niczym szczególnym. Ale...

Jeżeli miałbym się skupić na mocnych stronach, to jest to bitter. Mimo wesołego drzewka dyndającego nam z etykiety, nie dostajemy tutaj żadnego jabłkowego nowotworu, ale porządne, mocno goryczkowe piwo z charakterem. Można je pomylić z Jabłonowym Mocnym, bo Jabłonowe też ma mocny charakter, ale taki raczej ogorzały, wynikający chyba z przejęcia odrobiny aromatu z butelki PET. Tutaj mamy naturalną goryczkę pochodzącą z chmielu.

Pytanie kluczowe!!!

Czy gdybym wylądował na bezludnej wyspie, chciałbym mieć kilka skrzynek Ruddles County, czy może kilka skrzynek - dajmy na to Carlsberga?

Odpowiedź brzmi - chciałbym na bezludnej wyspie mieć kilka skrzynek Ruddlesa. Białe szkło pozwala nacieszyć oko miodowym blaskiem. Drzewo na plakietce niejako droczy się z nami. Straszy jabłkami, by nagle zaskoczyć klasyczną goryczką. I ten adres...   Suffolk. Jest coś w nazwach tych angielskich hrabstw, że gdy się je wymawia, od razu widzi się zielone wzgórza. Prawdopodobnie mój umysł skażony jest zbyt dużą dawką Jeremy`ego Clarksona.

Mógłbym mieć na tej wyspie jeszcze agregat prądotwórczy, sprzęt audio i "Dark Side Of The Moon" Pink Floyd. Puszczałbym ten kawałek, którego tak nienawidzę (wszyscy go nienawidzimy... na pewno wiecie, o który mi chodzi) do późnej nocy. I tak nikt by nie słyszał. Komary by mnie żarły żywcem, a ja bym siedział w szałasie z liści palmowych i czytał Robinsona Crusoe. Jestem w stanie to sobie wyobrazić... taaaaak...  Nawet chciałbym tam być.

Nie każde piwo potrafi pobudzić fantazję. Niektóre wręcz ją zabijają. Nie w każdej butelce ukryty jest Dżin.

A teraz brew-porn :)


, ,

Ciasteczka malinowe z ciasta francuskiego z kremem z mascarpone


Uwaga! Ten wpis opatrzony jest tagiem zrobiła żona.

Wielokrotnie pisałem, że posiadanie w lodówce dwóch paczek ciasta francuskiego to absolutna podstawa funkcjonowania w dzisiejszym społeczeństwie. Można z niego zrobić dosłownie wszystko od wafelków do lodów, poprzez paszteciki, pizzerki, ciastka, na pseudofaworkach skończywszy (pseudofaworki to takie poskręcane, pocięte paski ciasta francuskiego zapieczone z cukrem).

To ciastko jest dobre na imprezę, bo wygląda dość interesująco. Z ciasta francuskiego wycinamy kielonkiem kółeczka. Kółeczka pieczemy.

Równolegle robimy krem z mascarpone i owoców. Na zdjęciu mamy akurat jagodowy, ale tak naprawdę możemy zrobić wszystko, na co tylko pozwala nam fantazja (łącznie z kremem z mascarpone i owoców morza).

Na kółeczko dajemy odrobinę kremu i jeszcze jakiś inny owoc. I jest petarda.

I kawałek całkiem na miejscu w dniu dzisiejszym:


27 czerwca 2014

, ,

Shepherd Neame - Bishops Fingers


Nie mogę znaleźć scyzoryka. Aaaa... otworzę łyżeczką, co się będę bawił. Otwieram i z butelki wydostaje się mocny aromat. Podoba mi się, że butelka jest niska i pękata. Zupełnie jak biskup. Trzymając ją w dłoni ma się wrażenie, że trzyma się coś znacznie bardziej nobliwego niźli tylko piwo. Chyba jest bardziej nobliwe niż inne piwa, bo podobno browar, z którego pochodzi jest najstarszym w Anglii, istniejącym do dziś (Shepeherd Neame, 1698).

Nalewam do niewielkiej, przeźroczystej szklaneczki, z której ostatnio pijam piwo. Ma niezwykły kolor, który budzi skojarzenia raczej z whisky.


Muszę powiedzieć, że nawet lubię anglików. Wielu ludzi ich nie lubi. Przeszkadza im ich śmieszna mowa albo to, że byli kolonialistami. Albo wojna o Falklandy.

Ale Brytyjczycy dali nam też dużo dobrego: Monty Pythona, Top Gear, Jamesa Bonda, Sherlocka Holmesa, J.K. Rowling, gin, a ponadto oczywiście The Rolling Stones, Led Zeppelin, The Who, Davida Bowiego, Erica Claptona i Pink Floyd.

Spice Girls musiało powstać przez pomyłkę.



Tak sobie sączę i myślę, że Anglia miała też ciekawą historię. Celtowie walczyli z Rzymianami, wybudowano mur Hadriana, najazd Normanów, Wyprawy Krzyżowe, Robin Hood, Winston Churchill...

Czy wiecie, że w średniowieczu piwo było powszechnym napojem używanym chętniej niż woda? Było wtedy oczywiście nieco słabsze i pijały je także dzieci. Picie piwa chroniło przed zapadaniem na choroby, które zawierała sama, niezbyt czysta woda. Ponadto piwo traktowane było jako napój i posiłek. Jego wartości odżywcze są dziś przyczyną piwnych brzuchów, ale wówczas, gdy otyłością grzeszyli tylko bogaci możnowładcy, dodatkowe kalorie były na wagę złota.

I oto zbliża się dno butelki. Jakoś tak ten czas szybko mija, gdy człowiek siedzi tak i duma o przeszłości, o historii i o kulturze. A jak właściwie to piwo smakuje?

Bishops Fingers jest bardzo bitter. Powiedziałbym, że to męskie piwo, nie dla lalusiów. Raczej dla gości, którzy wpadają do pubu po pracy, by wychylić kilka kufelków, dać komuś w mordę i pójść do domu, gdzie czeka gromada umorusanych urwisów (w sensie, że czuć w tym wszystkim chuć i heteroseksualność).

Podoba mi się zatem bardzo to piwo zwłaszcza teraz, gdy z telewizji gwałci mnie wszechobecna inwazja piw smakowych, jabłowych, malinowych, a kolesie z agencji reklamowych bezczelnie próbują mnie przekonać, że to jest ok, że facet pije piwo owocowe. W takiej sytuacji mogę tylko pokazać im fingera.

I jeszcze sesja z głównym bohaterem:



17 czerwca 2014

, , , ,

Ciastko z ciasta francuskiego


Zawsze warto mieć w domu dwie paczki ciasta francuskiego. Co? Chyba nie myśleliście, że będę tu pisał o robieniu ciasta francuskiego? To podobno mega-rzeź. Nikt nie chce tego robić. Kupcie gotowe, wsadźcie do lodówki i jak nadejdzie czas, wystarczy je pokroić i położyć coś na nie. Jakiś owoc, zmielone mięso, warzywa, kawałek węża czy krokodyla, pieczemy i mamy gotową przekąskę.

Nie ma łatwiejszego sposobu, żeby nabrać kogoś, że umiemy coś przyrządzić. 

Na zdjęciu widać ciastko z połówki brzoskwini czy jakiegoś tam innego owocu. Całość posypana cukrem. No doprawdy... 


16 czerwca 2014

, ,

Chang - piwo z Tajlandii


My, Europejczycy, lubimy myśleć, że mamy najlepsze piwa na świecie. I dzięki Bogu mamy rację. Mamy całą masę najlepszego piwa na świecie. Mamy takie kraje jak Belgia, które służą nam w zasadzie tylko do produkcji piwa. Sąsiadujemy z Czechami, którzy warzą dobre piwo. Mamy długie tradycje i tak dalej.

Dlaczego więc ściągamy do naszych sklepów piwa z Tajlandii? Chyba tylko po to, by skosztować ich i stwierdzić z satysfakcją... "he he he, mamy najlepsze piwa na świecie".

Ale oto piwo Chang stanowi dla mnie miłe zaskoczenie. Jest to niby najzwyklejsze piwo na świecie. W jego smaku nie wyczuwam ulgi przynoszonej przez nieco chłodniejszy powiew w upalne noce podczas imprezy w Bangkoku. To, co mi się naprawdę w nim podoba to prawdziwa goryczka z charakterem, taka jak w wielu naszych piwach. Gdzieś tam pod koniec pojawia się jeszcze coś, ale za cholerę nie mogę powiedzieć, co.

Kiedyś mój znajomy przywiózł wódkę z Chin. I tę wódkę można było pić bez zagrychy, bo była taka smukła. I właśnie mam wrażenie, że i tu wyczuwam to, choć w znacznie mniejszym stężeniu. A niestety skład jest napisany jedynie w jakiś nieludzkich, starożytnych runach... może ryż? Może kukurydza?

To piwo wprowadziło mnie w dobry nastrój i przywołało miłe wspomnienia. Do diabła ze składem czy krajem produkcji. W dobrym piwie właśnie to jest najważniejsze - dobre samopoczucie (choć pytanie na ile to zasługa piwa a na ile fakt, że kończy się ten długi i męczący dzień... ).

Chciałem objechać kolejny fancy browar, ale tym razem to się nie uda. Już szukam dla was jakiegoś dobrego country. WhiskeyDick.


14 czerwca 2014

, , ,

Gnocchi ze szpinakiem


Kluski śląskie mają jedną wadę - trzeba do nich coś jeszcze zrobić. Gdyby nie to byłoby to danie idealne. Tuż obok barszczu z uszkami. Jednak zamiast klusek śląskich, równie łatwo i szybko można zrobić gnocchi szpinakowe. Wystarczy, że dodamy do nich szpinaku. 

Wiem, że robienie klusek śląskich to niemal rocket science. Trzeba rysować w ziemniakach różne figury geometryczne, wycinać jakieś elementy, by zachować proporcje. I jeszcze trzeba stosować odpowiednią mąkę, bo jak nie będzie ziemniaczana, to będzie kicha. Rocket science. Mój przepis można zatem uznać za niezbyt precyzyjny:  

Gotujemy ziemniory a potem miksujemy je ze szpinakiem i mąką. Potem formujemy pecyny i gotujemy jeszcze raz.

Całość podajemy polane roztopionym masłem, oraz (uwaga, uwaga) ze śmietaną. Nie wiem, co w tym jest, ale śmietana nadaje temu daniu drugie dno. Zupełnie tajemnicza sprawa. 

I na koniec trochę dobrej, redneckiej muzy, żeby odreagować włoskie nazwy. 


13 czerwca 2014

, , , , , ,

Chłodnik litewski


Nie lubię owijać w bawełnę i nie będę tego robił. Gdy pierwszy raz usłyszałem o zimnej zupie z buraków, treść żołądka podeszła mi do gardła. Gdy drugi raz usłyszałem o zimnej zupie z buraków, znów treść żołądka podeszłą mi do gardła. I był tak również i każdym, następnym razem. Na pewno macie tak samo. Wyobrażacie sobie zimną zupę z zakrzepniętym tłuszczem, istny horror...  ale nie!

O dziwo - chłodnik litewski jest dobry.

Być może ma to związek z tym, że w ostatnich latach stałem się wielkim miłośnikiem buraków. Zupełnie nie rozumiem, jak do tego doszło. Od dziecka nienawidziłem buraków. Od biedy jadłem ćwikłę z chrzanem...  no i uwielbiam barszcz z uszkami. W ostatnich latach uwielbiam barszcz ukraiński, a nawet buraczki tarte.

A chłodnik jest przepyszny, choć nie wiem do końca, co zawiera. Żona zrobiła. Poniżej daję link do przepisu, ale nawet nie raczyłem przeczytać:
http://ugotuj.to/ugotuj/-19685535/chlodnik+litewski/p/

Idealny na upalne dni.

I coś pod ten chłodnik:


7 czerwca 2014

, ,

Asahi - piwo z kraju kwitnącej wiśni i knedli


Przed konsumpcją

Japońskie piwo Asahi jest pędzone w Czechach. Może to i dobrze. Kiedyś jeździliśmy Suzuki produkowanym na Węgrzech i nie narzekaliśmy. Poza tym, że oprócz paliwa trzeba było do niego lać leczo i bogracz. A jak stawaliśmy na światłach to on wykrzykiwał coś w rodzaju "Gyerünk! menj! Nem úgy, mintha te egy európai országban!". Czy piwo Asaha podczas konsumpcji będzie ciągle wypominać rok 1968? Przekonam się o tym dziś wieczorem.

To, że najpopularniejsze piwo w Japonii produkowane jest na drugim końcu świata, pokrywa się z utartymi w mojej głowie stereotypami o Japończykach. Oni wszystko mają na odwrót. 


I jedziemy z koksem

Jest prawie 21:42. Dzieciaki śpią. W sztucznym świetle ciężko ocenić kolor, ale piwo wydaje mi się dość jasne i słomkowe. Przeczytałem wcześniej na blogach kilku piwoszy, że jest niezłe, i że kukurydza i ryż nadały mu niezwykłego smaku. Japończycy słyną też z wyrobu całkiem niezłej whisky. I elektroniki. Piłem kiedyś Sake i pomysł pędzenia alkoholu na ryżu uważam za godny uwagi. 

Z każdym kolejnym łykiem dochodzę do wniosku, że tak powinny smakować różne polskie piwa. To smak piwa. Nie ma w tym żadnych fikuśnych dodatków. Jest może ciut za delikatne (choć niektórzy pisali, że jest mocno goryczkowe). Powiedziałbym, że blisko mu do zwyczajowego bronksa, którego trzaskało się niegdyś z kumplami w letnie wieczory. Nie przywodzi na myśl ani roku 1968, ani też smaku krwi zlizywanej z katany. To bardzo europejskie piwo i zastanawiam się czy subtelny dodatek ryżu i egzotyczna historyjka nie są tylko chwytem marketingowym przedsiębiorczego Czecha lub Japończyka robiącego interesy w europie. 

Nic w tym złego. Mógłbym pijać takie piwo. Ale gdyby to był zwykły bronks po 2,50 za pół litra. Atutem tego piwa jest puszka 0,33l. Wiadomo, że 0,5l są lepsze, a 1l najlepsze (np. Faxe czerwony ;), ale w pewnym wieku człowiek docenia już puszki 0,33l. 

I jeszcze niezły kawałek. Równie japoński jak to piwo.


 

13 maja 2014

, , , , ,

Hummus


Wiem, wiem... doskonale wiem, co powiecie. Hummus brzmi jak homo i jest daniem wegetariańskim. Natomiast hummusu bronią dwie rzeczy. Po pierwsze - jest znakomitym dodatkiem do mięs i można zrobić na ostro. Po drugie - jada się go w tych częściach świata, gdzie brody noszą wyłącznie mężczyźni. 

Ze składnikami hummusu to jest tak, że potrzebujemy:
  • pasty tahini (czyli sezamowej)
  • ciecierzycy
  • oliwy z oliwek
  • czosnku
  • kuminu
  • zimnej wody

Tahini można też zrobić samemu, ale trzeba mieć uber-blender, bo naprawdę bywa gorąco. Sezam ma w sobie coś takiego, że przy mieleniu nabiera temperatury. Łatwo też blender zajechać na sezamie.

Ciecierzycę moczymy w wodzie przez kilka godzin (sprawdźcie sobie na jakimś blogu kulinarnym). Można do niej dosypać bodajże sody oczyszczonej, to łupy odchodzą. Po moczeniu gotujemy ją jeszcze trochę aż zmięknie.

Potem wrzucamy do pojemnika ugotowaną ciecierzycę oraz trochę tahini i robimy z tego papkę blenderem. Do tego dolewamy zimną wodę (znawcy mówią, że z zamrażalnika... to jakieś hokus-pokus... ja w sumie to robię, choć nie wiem dlaczego), trochę oliwy i czosnku.

Gdy już uzyskamy jednolitą pastę o pożądanej gęstości, możemy powiedzieć ... "Ha! Gotowe!".



O zaletach dobrego hummusu nie muszę pisać. Jest zdrowy, daje siłę, czyści kichy i jedzą go w krajach, gdzie brody noszą wyłącznie mężczyźni. Oraz na Kaukazie, gdzie brodacze szydzą z Cara Wlada.


7 maja 2014

, , , ,

Pasta z papryki peperoni

Pastę z papryki peperoni wykonać jest łatwo. Jest prosta, zdrowa, chyba tania i można ją stosować do wszystkiego - do kanapek, do dań ciepłych i zimnych, do deserów, zup i napojów.

Potrzebujemy tylko:
  • fasoli z puszki
  • kukurydzy z puszki
  • papryki marynowanej
Dużo uprości też fasola z kukurydzą w sosie pomidorowym (jest taka puszka).

Wszystko wrzucamy do jednego pojemnika i miksujemy blenderem. Proporcje jak kto lubi. Peperoni nie jest chyba ekstra ostra, jak np. jalapenos. Można śmiało rzucać 2 czy 8. Choć warto wypracować metodą prób i błędów takie proporcje, aby były dla nas adekwatne. Tzn. żeby papa parzyła, ale żebyśmy nie skończyli na intensywnej terapii, otoczeni ludźmi, którzy się z nas śmieją, bo leci nam krew z tyłka. To by było upokarzające i zagrażające życiu.

Dlaczego to jest takie zdrowe?

Przede wszystkim zdrowe są składniki - kukurydza, fasola, papryka. Nie ma tu nic więcej. Konserwanty - wg.ostatnich badań - powstrzymują nowotwory. Kapsaicyna zawarta w papryce robi dobrze na układ krwionośny i żołądek (chyba, że już mamy wrzody albo problemy z sercem), zaś fasola ogólnie jest dobrym, strączkowatym warzywem. Choć jeśli wierzyć niektórym naukowcom, zbyt duża ilość białka może szkodzić (komórki naprędce reprodukują się zamiast regenerować).

No i co ? I tyle .To chyba oznacza powrót. Rok temu założyłem bloga facetwquchni.be, kilka dni temu zignorowałem sms od mojego dostawcy usług, że domena wygasa. Niech wygasa. Nie jestem blogerem, nie będę pisał regularnie. Będę wrzucał coś, jak będzie fajne. A pasta peperoni jest fajna.

Zakończę wielce optymistycznym akcentem: