26 maja 2012

Proste ciastka z ciasta francuskiego (a raczej zakręcone)

 
Spośród rozlicznych zalet ciasta francuskiego wyróżniłbym to, że można je kupić w gotowej formie, a także to, że piecze się je jakieś 20 minut. No i to, że można je zrobić z dowolnym nadzieniem. Te trzy cechy sprawiają, że sięgam po nie chętnie w rozmaitych sytuacjach np. wizyta cioci czy komornika. Przygotowanie poniższych ciastek zajmuje 25 minut z czego 20 to pieczenie. 

Potrzebujemy trzech rzeczy - ciasta francuskiego, dżemu i piekarnika. Ciasto francuskie rozkładamy na blasze, smarujemy dżemem (bardzo cienką warstwą, inaczej wycieknie i przypali się), luźno zwijamy (żeby mogło swobodnie rosnąć) i tniemy jak sushi. Następnie pieczemy.


Ponieważ przepis jest tak banalny i zostało mi tyle wolnego miejsca podzielę się jeszcze sensacją. Znalazłem taką oto szokującą książkę - kuchnia polska napisana przez Polonię Kanadyjską :) Grzanki z szprotką mnie rozwaliły!


20 maja 2012

Od pulpy do pulpetów - kuchnia niemowlaka cz. 1

Młody facet w kuchni tj. mój syn, nie umie jeszcze gotować, dlatego gotuje mu w głównej mierze mamusia. Dziś natomiast spożyje swój pierwszy posiłek nie wyglądający jak pulpa tzn. zawierający na talerzu 3 rzeczy o zróżnicowanych barwach, gęstości, smaku i zapachu.

Obiadek składa się z:

Kluski lane na żółtku przepiórczym

2 żółtka przepiórcze z wodą i mąką wymieszane i lane na wrzątek.

Pulpeciki 

Mięso indyka ugotowane w bulionie warzywnym z połową ząbka czosnku i kleikiem ryżowym. Całość zmiksowane blenderem. Po ostudzeniu dodajemy odrobinę oleju lnianego. Pulpeciki to nazwa umowna - to raczej pulpa uformowana w kształt pulpecików.

Surówka

Nie jest to tak do końca stricte surówka, bo składa się z ugotowanej marchwii i kapusty. Całość rozdrobniona.

12 maja 2012

Fotografia kulinarna - ciekawe książki

Założę się, że zadajecie sobie teraz pytanie: "co do diabła ten blog ma wspólnego z fotografią kulinarną ?" (byłby to i tak sukces większy niż, gdybyście pytali "co do diabła ten blog ma wspólnego z kulinariami ?").  Otóż, gdy zakładałem ów blog wiele miesięcy temu, zamysł był taki, aby był to blog kulinarno-fotograficzny tzn. z dobrymi zdjęciami, ale i z fajnymi przepisami. Ponieważ dość ciężko żonglować talerzami z gorącym, parującym jedzeniem, przekładać sobie niemowlaka pod pachą i nie powywracać przy okazji statywów z lampami i nie wrzucić aparatu do zupy, dałem sobie trochę swobody...   co nie znaczy że nie boli mnie jakość zdjęć. Owszem - boli. 

Dwie książki, o których chcę napisać, są już na mojej półce od jakiegoś czasu i sięgam do nich chętnie jako do cennych źródeł inspiracji. Polski rynek w tej materii jest wybrakowany jak volkswagen golf z allegro bowiem tak naprawdę nie znajdziemy absolutnie ani jednego tytułu poświęconego w pełni fotografii kulinarnej. No dobra - "From Snapshots to Great Shots" ma się ukazać w maju po Polsku w Helionie, ale poza tym nic. 

Food Photography - From Shapshots to Great Shots

Książka pióra Nicole S. Young skierowana jest właśnie do blogerów kulinarnych. Zawiera wiele cennych wskazówek typy "jaki wybrać aparat" oraz jak ułożyć potrawę na talerzu. Jest to ścisłe ABC fotografii kulinarnej i nie dziwię się, że Helion zdecydował się na jej wydanie w naszym kraju - wszak będzie miała wzięcie. 


Plate to Pixel - Digital Food Photography & Styling

To już nieco poważniejsza pozycja autorstwa Helene Dujardin. Jest znakomitym rozwinięciem poprzedniego tytułu, w którym autorka obnaża sekrety fachu. Dowiemy się, że są dwa rodzaje fotografii produktowej - fotografia jedzenia, które ma być zjedzone i jedzenia, które nie ma być zjedzone. Czym się różni ? To pierwsze jest naturalne, ale trudniejsze - trzeba zrobić je raz dwa i musi być udane. Drugi typ fotografii ocieka smarami samochodowymi i napakowany jest styropianem (słynne zdjęcia reklamowe jedzenia, które nijak nie przystają do rzeczywistości). Warto poznać obie szkoły i ta książka to zapewnia.


To by było na tyle. Pomyślałem sobie, że może od czasu do czasu napiszę coś o technicznych aspektach fotografii na tym blogu, o moich aparatach, lampach itp. To w gruncie rzeczy jedna, wielka prowizorka, która ubawi Was po pachy :)



10 maja 2012

,

Omlet zagłady




Tańczyłeś kiedyś z diabłem przy świetle księżyca? Jedynie ten, kto zna słowa wyroczni godzien jest mówić i słuchać. I jeść. Zaprawdę! Omletem zagłady zowią dawne ludy słowiańskie, które niegdyś zamieszkiwały okolice Ślęży i Raduni potrawę, którą od dawna czarownicy przygotowywali z kurzych jaj, aby odgonić demony i duchy, aby przeczyścić jelita i całe ciało, aby w końcu - gdy nadejdzie noc świętojańska, dokonać rytuału...    ja nauczyłem się robić omlet w dzieciństwie, tyle że dodawałem do niego jeszcze parówki. Zaprawdę!

Cztery jaja weź i rozbij je do pojemnika z czaszki niedźwiedzia (ostatecznie może być plastikowy). Mąką z kości pokonanego wroga zasyp (ewentualnie zwykłą mąką) i dopraw czarcią plwociną i krwią nietoperza (lub solą, pieprzem i oregano).

Pamiętawszy, że ogień należy rozpalić na zgliszczach stosu po paleniu heretyka (ale może też być kuchenka), na roztopiony łój szynszyli (lub margarynę) wlej wymieszaną dokładnie zawartość i smaż nie zważając na odór okrutny (w gruncie rzeczy jeżeli zastąpi się łój szynszyli margaryną, pachnie całkiem nieźle). Tańcz przy tym przy świetle księżyca (zapomniałem wspomnieć - należy go robić o północy, ale ostatecznie każda inna pora też ujdzie).

Gdy jedna strona będzie czarna jak smoła (lub po prostu zabrązowiona) przerzuć na drugą i smaż posypawszy włosami jaszczurki (oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie ma takiego czegoś jak włosy jaszczurki... ja dałem żółty ser, bo fajnie się rozpuszcza). Na koniec polej krwią dziewicy (lub ketchupem... ale musi być ostry!) i zjedz powstrzymując wymioty!

Nie życzę smacznego, bo to nie ma być smaczne. Ma dawać siły i odganiać demony!


6 maja 2012

Pizza tradycyjna

Kuchnia włoska uległa wielu obcym wpływom, które sprawiły, że nasze wyobrażenia o pizzy czy spaghetti wyglądają tak a nie inaczej. Przyczyniły się do tego zarówno wojownicze żółwie ninja jak i restauratorzy prześcigający się w ilości i wydziwianiu składników. Zgodnie z tradycją pizza i makaron były daniami dość prostymi i zawierającymi minimalną ilość składników, gdzie nacisk kładziony jest raczej na jakość składników. A zatem...

Ciasto do pizzy

  • 500 g mąki pszennej
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 łyżka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 350 ml ciepłej wody
  • pieprz czarny
  • 10 g drożdży instant 

Kontent
  • przecier pomidorowy
  • mozzarella
  • oregano
  • salami

Zaczynamy od drożdży. Należy je rozpuścić w ćwiartce szklanki ciepłej wody z odrobiną cukru i odstawić na jakieś 10 minut, aby się zaktywizowały. W międzyczasie bierzemy wszystkie pozostałe składniki ciasta i mieszamy. Dodajemy drożdże i ugniatamy tak długo aż ciasto będzie odpowiednie tzn. będzie dobrze rozmieszane, nie będzie się kleiło (w tym celu podsypujemy mąką) i ogólnie będzie można nim wywijać takie triki jak na filmach.

Ciasto rozkładamy na blasze i nie czekamy żeby rosło tylko wywalamy przecier, posypujemy oregano, rozkładamy salami i mozzarellę. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 250 stopni, a gdy piekarnik będzie rozgrzany, wstawiamy pizzę dosłownie na 15 minut z zegarkiem w ręce.

 Ludzie piszą, że dobra pizza jest tylko wtedy, gdy ciasto po zgięciu się nie łamie albo że się łamie, jak jest cienkie lub grube, jak jest mało składników lub jak jest dużo... im więcej specjalistów, tym więcej teorii.

Posłuchajcie mojej:
Pizza jest dobra wtedy, gdy się możemy nią dobrze napchać i utrzymać ją (przez co rozumiem sytuację, w której spożyta pizza nie uchodzi z nas ani dołem ani górą).

Smacznego!